Lan Le – część 1

Lan Le – część 1

W pewien słoneczny dzień ciepłego listopada, kiedy temperatura sięgała w południe 20 stopni Celsjusza, usiadłem przed ekranem komputera by napisać tę opowieść.

W lipcu innego roku, przy równie pięknej pogodzie, kiedy słońce stało wysoko i drzewa były zieleńsze i było trzy razy więcej zieleni przed moimi oczami, rozmyślałem ponuro o samobójstwie. W rogu pokoju pod oknem,  oparty o ścianę stał załadowany sztucer, ostatnia sztuka mojej broni myśliwkiej i dobrze pamiętam co wtedy zrobiłem. Wychyliwszy się ująłem go  i nie mogąc oderwać oczu od wylotu lufy podniosłem karabin i naciagnąłem przyśpiesznik spustu. Od tej chwili nawet lekkie przyłożenie palca mogło wywołać reakcję od której nie było odwrotu.

Z tak przygotowaną  bronią usiadłem na stołku i odbezpieczyłem ją. A potem, czując jakby moja głowa miała ciężar nie do uniesienia, pozwoliłem jej opaść nisko i otworzywszy usta wsadziłem w nie wylot lufy. Moja prawa ręka przesunęła się ku kabłąkowi, myślałem o jednym tylko:  żeby na krótką chwilę położyć palec na spuście i sprawdzić czy w ogóle potrafię coś takiego uczynić – i raptem moja dłoń zaczęła się trząść, trząsłem się cały, paraliżowało mnie przerażenie, że już nie dam rady wycofać się z tego bezpiecznie, że kolejny najmniejszy ruch wyzwoli  czuły mechanizm i nawet gwałtownym szarpnięciem głowy nie zdałam uciec przeznaczeniu…

Jeszcze teraz czuję ciarki na wspomnienie tamtej chwili. Pamiętam z jak wielkim wysiłkiem odchyliłem wówczas w bok głowę… Potem odsunąłem broń od siebie na wyciągnięcie ręki i czekałem czy nie wystrzeli, próbując uspokoić drżenie napiętych mięśni.

Wtedy postanowiłem, że nie zabiję się jeszcze. Byłem dobrze ubezpieczony w dwóch firmach z okresu, kiedy było nas stać na opłacanie wysokich stawek, lecz samobójstwo wykluczałoby wypłatę odszkodowania dla moich bliskich. Boże, jakże beznadziejnie głupia byłaby to śmierć.  Chyba, że udałoby się udowodnić, iż był to wypadek przy obchodzeniu się z bronią. Ale nieważne, i tak nie byłem wtedy zdolny zrobić sobie tego.

Mam dobry system nerwowy w tym sensie, że nie przechowuje długo urazów i szybko się organizuje do normalnego działania, jeśli tylko zaistnieją korzystne warunki. Wtedy, tego samego dnia, po południu zadzwonił niespodziewanie telefon i odebrała go moja żona.

Telefony urwały się jakiś miesiąc wcześniej, kiedy ostatni klient dowiedział się o zaprzestaniu produkcji w naszym zakładzie. Znajomi także zamilkli, było im ciężko wspierać na duchu świeżo upieczonych bankrutów. Odsuwali się od nas tak, jakby nagle wyszło na jaw, iż zapadliśmy  na ciężką, nieuleczalną i łatwo zaraźliwą chorobę.

Dlatego z pewną ciekawością starałem się wyłowić ze słów żony informację kto ma jeszcze ochotę z nami rozmawiać.  Gdzieś w podświadomości żywiłem nadzieję na jakiś przełom, liczyłem, że w ostatniej chwili przed licytacją trafi się ktoś, kto kupi nasze ranczo i zapłaci dosyć by starczyło na spłatę pozostałej części kredytu  i jeszcze zostało na  uruchomienie  niewielkiego interesu.

  • … nie wiem – w głosie Agnieszki wyczułem niepewność i jakąś obawę. – Zapytam Marcina  i oddzwonię później do ciebie…

Poderwałem się na proste nogi. Moja żona nie  potrafiła zrozumieć, że nawet kilkuminutowa rozmowa będzie nas kosztowała pieniądze, których niewiele mieliśmy. W porę dopadłem  do niej i pokazałem na migi by nie przerywała połączenia.

  • Kto dzwoni? – szepnąłem.
  • Iwona Fiber. Zapraszają nas dziś na wieczór – słuchawka zwisała luźno w dłoni Agnieszki.
  • Daj, porozmawiam z nią. Albo powiedz, że mnie zawołasz. I nie rozłączaj się.

Agnieszka z rezygnacją przyłożyła słuchawkę do głowy. – Porozmawiam z Marcinem. Oddzwonię za chwilę – i zanim zdążyłem zareagować zakończyła rozmowę.

Byłem zły. Wyszedłem bez słowa na niski taras przed dom i rozejrzałem się wkoło. Sztucer nadal tkwił  w rogu pokoju, popatrzyłem na niego kiwając głową ze smutnym uśmiechem. Jeśli wciąż jestem żywym człowiekiem, to dlaczego miałbym przejmować się  takimi drobnymi sprawami jak kilka złotych za telefoniczną rozmowę? Rachunek i tak przyjdzie za kilka tygodni…

Wróciłem i zastałem żonę przy stole, siedziała zrezygnowana nad szklanką świeżo zaparzonej herbaty. Pogłaskałem ją delikatnie po włosach,  potem sparłem dłonie na jej ramionach.

  • Przepraszam cię, skarbie. Chodziło mi tylko o to, żeby nie płacić niepotrzebnie za rozmowę.

Upiła nieduży łyk.

  • Chciałbyś  tam jechać?
  • A ty?
  • Wiesz czym u nich się zwykle kończą takie imprezy…
  • Nie musimy zostawać do końca. Wrócimy kiedy tylko zapragniesz.
  • Już to słyszałam tysiące razy od ciebie.
  • Boże, nie mogło być tego tysiące razy.

Wsunąłem dłoń w rozpięcie jej bluzki i dalej, aż pod biustonosz.

  • Naprawdę nie lubiłaś tak tego?
  • Wiesz przecież.
  • Pamiętam, że czasem bywałaś zadowolona, skarbie.
  • No dobrze – otrząsnęła się. – Jeśli ci tak bardzo zależy to jedźmy. Widzę, że na nic to wszystko.
  • Opuściłem głowę i pocałowałem włosy mojej cudownej żony.
  • Obiecaj mi tylko jedno – poprosiła zanim odszedłem do telefonu.
  • Tak?
  • Że nie zostawisz mnie samej przy barku….

Raz jeszcze pocałowałem jej szyję.

– Nie zrobię tego, kochanie. Już nigdy.

A potem podałem jej słuchawkę i wykręciłem numer do Fiberów. – Powiedz, że przyjedziemy. Wolę żebyś ty to zrobiła.

Iwonka Fiber była bardzo delikatną, trzydziestoletnią kobietą o dziewczęcych rysach twarzy. Lubiłem ją ogromnie i lubiłem jej drobne ciało. Nawet kiedy  rozmawiałem z nią przez telefon nie potrafiłem ukryć w głosie pożądania i dlatego tamtego dnia wolałem by załatwiła to moja żona.

Był późny wieczór gdy wyjechaliśmy z rancza do domu Fiberów. Dojazd do nich zajął nam prawie godzinę, nie rozmawialiśmy po drodze. Wcześniej raz jeszcze przejrzałem dokumenty z banku które nadeszły przed południem. Jak zwykle wcisnąłem listonoszce niewielki banknot, chociaż wcale nie miałem na to ochoty. Zostało nam tak niewiele pieniędzy, że każda, nawet bardzo drobna kwota, urastała do wielkości małej fortuny. Wyprzedaliśmy wszystkie niezbędne rzeczy i starałem się nie myśleć co będzie, gdy braknie na paliwo do auta… Starałem się nie myśleć w ogóle.

Jednak głupia nadzieja kazała mi na nowo, od czasu do czasu,  analizować naszą sytuację. Oczekiwałem cudu, zdarzenia które rozjaśniłoby nam przyszłość. I to była prawdziwa przyczyna dla której pragnąłem pojechać na to przyjęcie. Mój Boże, gdyby Agnieszka potrafiła się dobrze bawić na tych imprezach… Gdzieś w głębi duszy obwiniałem ją za urwane kontakty ze znajomymi. Już tylko jej napady zazdrości i cichy płacz w kącie zniechęcał niektórych do wysyłania zaproszeń. A co dopiero, gdy doszły nasze kłopoty związane z interesami.

Zanim opuściliśmy dom pozwoliłem jej na długi pobyt w łazience. Denerwowałem się, ale nie chciałem poganiać żony by nie psuć i tak kiepskiego nastroju. Potem ja wlazłem  pod prysznic, mając nadzieję, że w tym czasie się przygotuje.

– Jesteś gotowa? – zawołałem susząc  włosy ręcznikiem. Nie odpowiedziała. Wyjrzałem więc i zobaczyłem jak siedzi sztywno przy stoliku z lusterkiem, nieruchomymi dłońmi trzymając jakieś przybory do makijażu.

– Może jednak nie masz ochoty tam jechać? – spytałem głupio, bo przecież wiedziałem że nie ma.

Ale już nie wyobrażałem sobie jak inaczej moglibyśmy spędzić ten wieczór i co bym zrobił gdyby odrzekła: Nie, nie mam ochoty.

Potrząsnęła powoli głową, a jej słowa były dla mnie prawdziwą ulgą. – Jedźmy, Marcin.

Obok na sofie leżał jednoczęściowy kostium w stylu fancy fashion, który przywiozłem dla niej z Berlina kilka lat wcześniej. Raz tylko go założyła, w dniu w którym wróciłem i urządziliśmy sobie „przyjęcie” na  całą noc. Kochaliśmy się jak szaleni, a ona nie pozwoliła mi ściągnąć go z siebie. Udawała przede mną dziwkę, cudownie wyuzdaną kurewkę, każąc sobie płacić z góry za każdy stosunek. Mieliśmy później wiele udanych „przyjęć”, lecz żadne nie było równie namiętne w dzikości  i nigdy więcej nie pozwoliła bym jej płacił  za miłość. Wydałem wówczas sporo pieniędzy i do dziś nie wiem co  potem z nimi zrobiła. Nie pyta się dziwek co robią z pieniędzmi otrzymanymi za miłość, odrzekła z uśmiechem, gdym ją kiedyś mimochodem zagadnął.

– Podoba mi się to wdzianko – powiedziałem teraz , kładąc dłonie na jej gołym karku.

Skinęła głową i zaczęła się malować.

– Dlaczego to wyciągnęłaś?

– Nie wiem – zrzuciła mnie  z  siebie.

– Bardzo cię w nim lubiłem.

– Raz jeden.

– Taaak – przyznałem. – A szkoda.

– Ja nie żałuję. Ten raz to było o raz za dużo.

– Chyba żartujesz. Nie zapomnę jaka byłaś cudowna…

– Tak sądzisz? Ja bym tego nie powiedziała.

Stałem za nią a mój tężejący członek dotykał jej nagich pleców.

– Zostaw – otrząsnęła się. – Pozwól mi skończyć.

– Uhm – mruknąłem i przeszedłem do drugiego pokoju. Patrzyłem stamtąd jak wklepuje krem w twarz i przeszło mi przez myśl, że znosi to dzielnie, o wiele dzielniej niż ja. Zamknęła się tylko bardziej w sobie i czasem trudno mi było dotrzeć do jej myśli i uczuć.  Kiedyś, w przypływie nagłego optymizmu, zacząłem mówić o przyszłości, o tym, że wynajmiemy jakąś chałupę na przedmieściu, urządzimy sklepik z kawałkiem placu, gdzie na wolnym powietrzu pijacy będą pili do późnych godzin. Przerwała mi niespodziewanie ostro: Już to przerabialiśmy. Wkrótce pijaków też nie będzie stać na butelkę piwa, a poza tym nie mamy pieniędzy na takie rzeczy.

Tak, nie mieliśmy pieniędzy i nie wiedziałem skąd je wytrzasnąć. Nasz problem polegał na tym, że kiedy otrzymałem duży kredyt w banku, zabezpieczyliśmy go na całej posiadłości. Później bank zażądał cesji polisy na maszyny, urządzenia i samochody i kiedy staliśmy się niewypłacalni, groziła nam utrata wszystkiego co posiadaliśmy.  Oczywiście, nasze ranczo i te maszyny były realnie warte znacznie więcej niż kredyt, ale nikt nie chciał kupować nieruchomości z obciążoną hipoteką. Poza tym naokoło bankrutowało wiele małych państwowych firm i sprzedawano je za symboliczne pieniądze, co obniżało znacznie wartość nieruchomości takich jak nasza.

Obliczyłem, że przez dwa miesiące będziemy mieli z czego żyć pod warunkiem, iż sprzedam swoją broń myśliwską nim zajmie ją komornik. Auto osobowe  przerejestrowałem na szwagra, ale i tak nie było wiele warte. Wszystkie pieniądze wydałem wcześniej na ratowanie firmy, dlatego nie kupiłem porządnego samochodu.

Wydostałem z szafy białe slipy bawełniane, jedne z tych które lubiła Agnieszka… Pieściła mnie ustami przez  miękki materiał, potem wyciągała bokiem sterczącego ptaka i nalegała bym ją brał nie ściągając majtek do końca.

Uśmiechnąłem się do siebie. Ile wspomnień kojarzy się ze zwykłymi ciuchami.

Usiadłem na krześle, wcisnąłem twarz w dłonie i zapłakałem cicho. Nie tłumiłem łez od jakiegoś czasu i przynosiło mi to ulgę. Ale też przypominało ojca, płaczącego w łóżku z którego miał się już więcej nie podnieść. Umierał w mękach, z organizmem wyżartym przez syfilis, o czym wówczas nie wiedziałem, gdyż była to najbardziej skrywana przez matkę tajemnica jej życia. Zostawiał na świecie trójkę dzieci i młodą żonę, nie przygotowaną do wykonywania jakiejkolwiek pracy.

Chociaż ojciec płakał inaczej. Stałem jako mały brzdąc przy jego łóżku i patrzyłem bez słowa na stróżki łez spływające po nieogolonych, wychudzonych policzkach. Oczy ojca, nieruchome, patrzyły w sufit, kiedy powiedział raz do mnie cicho: – Kuba, idź i przynieś mi nóż z kuchni, synku.

On jeden, nie wiem czemu, nazywał mnie Kubą. Matka wcześniej podała mu nocnik, stał teraz przy łóżku na podłodze, wypełniony czerwono-brunatnym płynem. Zrobiło mi się mdło i poszedłem chętnie do kuchni, a tam sięgnąłem po nóż leżący na stole.

– Po co ci nóż, syneczku? – spytała matka zmęczonym głosem.

– Tata chciał bym mu go przyniósł.

Przytrzymała mnie, przytuliła i delikatnie wyjęła nóż z ręki.

– Nigdy – powiedziała.  – Nigdy nie dawaj ojcu noża, moja dziecinko.

Ucieszyłem się, że już nie będę musiał wracać do ponurego pokoju, wybiegłem natychmiast na podwórko do chłopaków, w słońce, w beztroską radość młodziutkiego życia.

U Fiberów bawiło się już kilka znajomych par, był też jeden artysta malarz z długim kucykiem i dwie czy trzy samotne dziewczyny. Ledwie zajechaliśmy, napiliśmy się dla złapania nastroju, gdy nastąpiła radykalna zmiana planów. Marek dostał telefon od znajomego biznesmena, zapraszał wszystkich obecnych na swoją posiadłość za miastem na wielką imprezę urodzinową. Agnieszka natychmiast chciała wykorzystać sytuację i wracać na ranczo, ledwie mi się udało jej to wyperswadować. Załadowaliśmy się w piętnaście osób do dwóch samochodów osobowych, nie wiem jak nam się to udało. Znaleźliśmy się w aucie Marka, przycinał ostro na zakrętach a my wrzeszczeliśmy jak opętani, stłoczeni niesamowicie, podniecająco, wiedzieliśmy że przed nami wspaniała impreza i każdy był w świetnym nastroju. Na drogę zabraliśmy kilka butelek wódki i brandy, spijaliśmy alkohol z gwinta podając sobie butelki z rąk do rąk. Kiedy przestawaliśmy krzyczeć z emocji, wtedy zaczynaliśmy śpiewać sprośne piosenki i nawet Agnieszka przyłączyła się i wydawało mi się, że naprawdę dobrze się bawi. Marek gnał jak huragan, nie bał się policji, znał wszystkich policjantów w mieście, a jeśli nawet nie znał wszystkich, to żadnego się nie bał.

Zajechaliśmy jak stado wariatów, Marek ledwie nie wpadł na solidną stalową bramę i musieliśmy poczekać, aż nas zidentyfikują przez ruchome kamery. Cały czas się darliśmy, a na podjeździe wysypaliśmy się z auta i zwartą grupą ruszyliśmy na podbój imprezy. Posiadłość była ogromna, znajdowało się tam już kilkanaście aut doskonałych marek a dom był wielki jak blok mieszkalny w mieście. Wszystko było ogrodzone wysokim murowanym parkanem, nie było mowy żeby ktoś nas podglądał. Wejście znajdowało się od wewnętrznego dziedzińca, skąpanego w żółtym blasku olbrzymich lamp, dalej, w mroku, majaczyły szklarnie i drzewa parku, była to doprawdy imponująca posiadłość.

Gospodarz witał gości na wielkiem tarasie, wyfrakowany i wielce elegancki. Na taras wchodziło się po kilkunastu schodkach, po bokach staly rzeźby lwów i smoków, wszystko było kiczowate i paskudne, lecz buchało przepychem i robiło wrażenie, powoli ucichliśmy.

Uścisnęliśmy sobie dłonie, widziałem go pierwszy raz w życiu. Był mojego wzrostu, postawny, miał bystre spojrzenie i mocny uścisk, miły uśmiech i coś nieszczerego w oczach.

– Marcin Wolski – powiedziałem. – A to Agnieszka, moja żona.

– Cześć Agnieszko, cześć Marcin. Ja jestem Michał, dla wszystkich przyjaciół i nieprzyjaciół. Mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawili.

– Mam nadzieję, że będzie paskudnie – mruknęła cicho Agnieszka.

Mimo wszystko wzbudzał sympatię, wkrótce bawiliśmy się znakomicie w wielkim salonie. Było tam już mnóstwo innych gości, ciągle wpadaliśmy na nieznanych sobie ludzi, wszyscy byli na luzie i natychmiast przechodziliśmy na ty ze wszystkimi. Przyglądałem się kobietom, były w różnym wieku, ogromnie pachnące, swobodnie poubierane, ogromnie napalone. W powietrzu wisiała atmosfera cudownej imprezy, wibrował seks i pożądanie, buzujące barwami aury ocieraly się o siebie i wymieniały elektryzujące dotyki.

Tworzył się specyficzny nastrój rozpustnego luksusu, przy barku kłębiły się tłumy, wszyscy chcieli wszystkim serwować trunki, w oddzielnym pomieszczeniu dwa długie stoły uginały się pod mnóstwem półmisków wypełnionych kolorowymi sałatkami, zakąskami, pieczonymi udkami kurczaków, jakimś innym mięsiwem, kto chciał szedł i nakładał sobie ile i czego chciał.

Znalazłem ustronne miejsce na kanapie pod wielką palmą, w rogu salonu przy oknach, i tam rozkoszowałem się whisky z lodem w szklance z grubego szkła. Przez ogólny rozgardiasz przebijały łagodne dźwięki orkiestry Gleena Millera, muzyki którą lubiłem.

Odpoczywałem.

Mój skarb znikł mi z oczu, widziałem ją ostatnio w towarzystwie Iwonki. Pewnie poszly oglądać coś, co było szczególnie warte obejrzenia w tym pięknym domu.

Obok mnie kilka osób popijało na stojąco, ostro tłumacząc sobie nawzajem i naraz jakieś zawiłe kwestie. Ktoś całował namiętnie dziewczynę, obmacywał jej pośladki.

Myślałem o tym, że nie mam ochoty na seks. Nie potrafiłem zostawić za drzwiami swych czarnych myśli, nie potrafiłem nie myśleć o niczym, a o przyszłości zwłaszcza. Byłem chyba jedynym bankrutem na owym przyjęciu i zdawało mi się, że każdy to widzi. Czekałem więc w samotności aż alkohol dotrze do mózgu i sprawi, że się rozluźnię i zapomnę, chociaż na ten jeden wieczór.

Wypiłem i poszedłem po następną dawkę. Przy barku natknąłem się na Agnieszkę, rozmawiała z jakąś dziewczyną której nie znałem.

– To jest mój mąż – powiedziała do niej.

– Marcin – podałem jej dłoń.

– Krystyna.

– Krystyna i Michał są małżeństwem – wyjaśniła Agnieszka.

Była ładna, wysoka, miła ale nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia. Miała podłużną twarz i spojrzała mi w oczy z dziwnym uśmiechem szerokich ust. Wyczułem natychmiast, że pali.

– Agnieszka powiedziała mi, że jesteś bardzo tolerancyjny…

– Naprawdę?

– Tak. Musisz zresztą być, skoro bierzecie udział w takich imprezach.

– W jakich?

– No, takich. Z seksem, oczywiście.

– Aaa, tak. Czy tu się zanosi na coś podobnego?

– Zobaczysz. Lepiej rozejrzyj się za ładną partnerką.

– A za partnerem, mogę?

Roześmiała się. – Każdy robi co chce.

Była w niej naturalność kogoś, kto się wychował od dziecka w luksusie, ubrana zwyczajnie w lekką letnią sukienkę w biało-żółte nieopisane wzory, sprawiała wrażenie lekko znudzonej wszystkim dokoła. Odezwał się we mnie kompleks nieudacznika, zerknąłem na Agnieszkę. Zobaczyłem, że patrzy gdzieś w tłum, mrużyła oczy jakby chciała się komuś dobrze przyjrzeć.

Odwróciłem głowę i natychmiast go zobaczyłem. Trudno było nie zwrócić na niego uwagi, po prostu był tym typem, którego widzi się raz i zapamiętuje na całe życie. Gladiator, uśmiechnięty uprzejmie, tak jakby tym uśmiechem chciał zniżyć się do poziomu zwyczajnych mężczyzn, lecz wiedzący, że mu się to nie udaje. Ale niechże wszycy widzą, jak on się stara. Jego mina mówiła: jestem taki sam jak wy, chłopaki, naprawdę. I wszyscy widzieli że nie jest.

Powoli przeciskał się przez tłum, w taki czy inny sposób każdy oglądał się za nim. Mężczyźni gaśli, kobiety się ożywiały. Natychmiast wzbudził we mnie odrazę pomieszaną z kompleksem niższości. Nic nie mogłem na to poradzić. Po prostu czujesz, że taki facet może przyjść i zabrać twoją kobietę, a ona pójdzie za nim do piekła…

Szedł prosto na nas, Krystyna spojrzała na Agnieszkę a potem na mnie. Następnie ja spojrzałem na swoją żonę i zrozumiałem. Zapomniała zupełnie że ktoś może na nią patrzeć, zapomniała o wszystkim. Na jej twarzy widać było duszę…

Przywitał się najpierw z Krystyną, podała mu dłoń, jej uśmiech mówił: Znam cię dobrze, gagatku…

Potem pocałował w rękę Agnieszkę, w jednej chwili pojąłem, że się porozumieli. To była ta iskra gwałtownej pożądliwości,  oboje starali się ją ukryć, lecz kto patrzył ten widział.

Potem przyszła kolej na mnie. Poczułem się zawiedziony, miał delikatny uścisk dłoni, byłem przygotowany na coś mocniejszego.

– Jestem Adam, ale wszyscy mówią do mnie Rudy – powiedział atłasowym głosem.

Uśmiechnął się: widział już poroże na mej głowie.

– Jestem Marcin – rzekłem. – Wszyscy mówią do mnie: Marcin.

– Mogę odbyć taniec z twoją żoną, Marcin?

Nie zmienił się na twarzy, widocznie miał ten jeden uśmiech tylko.

– Odbywajcie – rzekłem raźnie.

– Ja nie mam ochoty tańczyć – sucho powiedziała Agnieszka.

Szczerzej już nie mogła się odezwać, nawet Krystyna popatrzyła na mnie współczująco.

– Och, nie chciałbym się narzucać – powiedział Rudy ze zrozumieniem.

– Wcale się pan nie narzuca – odezwała się za wszystkich moja żona. Było jasne, od tej pory ja i Krycha staliśmy się tłem dla ich umizgów.

– Pójdę się rozejrzeć – powiedziałem dolewając sobie brandy.

– Nie zatańczysz ze mną, Marcin? – zapytała Aga.

– Wiesz, że słabo nam to idzie, moja droga – wymruczałem.

– Wyjdę z nim na papierosa  – Krystyna ujęła mnie za ramię.

– Ale on nie pali – zawołała Aga.

Pogrzebała swoją szansę. Już jej tego nie wybaczę, rzekłem w duchu.

– Od tej pory będę palił – rzekłem szybko.

– No i widzisz? – Rudy zwrócił się do Agi.  – Może my też zatańczymy razem?

– Nie przeszliśmy jeszcze na ty, proszę pana – powiedziała moja żona.

Zemdliło mnie, oczywiście że przeszli. Pociągnąłem Krystynę i przecisnęliśmy się ku drzwiom na taras, na świeże powietrze.

– Widzę, że…- zaczęła Krycha, gdyśmy już się sparli o barierkę.

– Dobrze widzisz – rzekłem. Wyjąłem z jej rąk zapalniczkę i przypaliłem jej papierosa.

Potem patrzyłem w gwiazdy, na wieczność w górze. Może powinno było być już po wszystkim? Indianie mówią, że każdy dzień jest dobry, by umrzeć. Więc jeśli każdy, dlaczego nie ten właśnie?

Popatrzyłem na Krystynę, na tych ludzi dokoła. Oni też poumierają, do ciężkiego diabła. Zrobiło mi się raźniej.

– Nie wyglądasz na takiego – odezwała się przez dym Krystyna.

– Na jakiego?

– Na takiego, który lubi seks-imprezy.

– Lubię – przytaknąłem. – Bo lubię kobiety.

– Lecz nie każdą pchasz do łóżka?

– Nie. To tak, jakbym powiedział, że lubię słuchać każdej muzyki, lub coś w tym rodzaju..

Westchnęła, czułem że zawiązuje się coś między nami. Pochlebiało mi to bardzo.

– Dlaczego są mężczyźni którzy biorą tak jak leci? Ten Rudy przeleciał chyba wszystkie panienki jakie tu widzisz.

– To możliwe – mruknąłem. – Ciebie też przeleciał?

– Dlaczego pytasz?

– A którą mam zapytać?

– Raz przespałam się z nim…

– I jaki jest?

– Dobry. Prawdziwy ogier.

– Ciekawe co powie moja żona.

– Jesteś zazdrosny?

– Nie. Ale wolałbym, żeby to był jakiś sympatyczniejszy gość.

– Jest paskudny.

– Też to czujesz?

– Każdy to czuje. Nie myśl że jesteś jedyny. Nie znam dziewczyny, która by nie żałowała że poszła z nim do łóżka…

– Ale każda by poszła jeszcze raz.

– Tak… To chyba prawda co powiedziałeś.

Nie podniecała mnie, wzbudzała we mnie tylko intelektualną sympatię. Czuła to samo co ja, kiedy położyłem jej rękę na karku, rozpoczynając delikatny masaż, zrzuciła ją prędko z siebie.

– Daj spokój, to nie ma sensu.

– No tak, ja nie jestem ten ogier – mruknąłem jak ostatni gamoń.

– Nie – powiedziała.

– Jestem za to jeleniem – dodałem i oboje zgodnie ryknęliśmy śmiechem.

Objąłem ją i wsadziłem na krótko rękę między jej uda.

– Masz okres?

– Chciałbyś, żebym miała?

– Nie przeszkadzało by mi to -odrzekłem.

Wykręciła się z moich ramion, nie byłem nawet trochę podniecony.

– Chodźmy tam – powiedziała wyrzucając papierosa na trawnik w dole. – Jak nie znajdę lepszego partnera, poszukam ciebie.

Zrobiłem sobie drinka, nigdzie nie widziałem mojej żony ani Rudego. Siadłem pod palmą , wokół zaczynało się dziać to, co zazwyczaj się dzieje na tego typu imprezach. Dwie nagie pary tańczyły już w kółku, podchodzili następni, zrzucali ubrania. Było kilka bardzo ładnych dziewczyn, ze swojej samotni podziwiałem ich piękne ciała, obgłaskiwane przez sąsiadów. Zdawało się, że ramiona wykonują swój indywidualny taniec, wijąc się jak węże uczepione nagich tułowi. Z czasem wszyscy pieścili wszystkich, dłonie zsuwały się z pleców i ramion na gołe pośladki, kręcono się jak w transie i coraz śmielej sięgano do miejsc intymnych, jeśli takie tam jeszcze były.

Od czasu do czasu ktoś westchnął głośniej, rozlegał się krótki śmiech dziewczyny, lecz po chwili milkli i tańczyli  jakby się wstydząc własnych głosów. Cicha muzyka nieprzerwanie  wypełniała wnętrze salonu, skąpane w żółtej poświacie świec i elektrycznych lampek znad barku. Powietrze stawało się ciężkie od zapachu kadzidełek, perfum i wód kolońskich, budował się nastrój upojnego podniecenia, szybko krążącej krwi w żyłach, gwałtownych uderzeń serca, chociaż tańczący zdawali się wcale nie śpieszyć…

Coraz mocniej się dotykano, piersi dziewczyn, pośladki i plecy pokrywały dłonie obojga płci a członki mężczyzn unosiły się w górę, chociaż nie wszystkie. Zbliżał się moment łączenia w pary, w trójkąty i co tam jeszcze… Ktoś podszedł do mnie, udałem że jestem pijany, bąknąłem coś, machnąłem szklaneczką w powietrzu i dano mi spokój. Nie widziałem wśród tańczących mej żony, ani Iwonki ani jeszcze jednej dziewczyny, do której chętnie bym się przytulił.

Złe myśli zaczęły wreszcie odpływać z mej głowy, poczułem się dobrze. Wieczór był długi, po nim przyjść miała noc – wiele się mogło jeszcze wydarzyć. Przymknąłem oczy, nigdzie nie musiałem się śpieszyć, o nic zamartwiać, wystarczyło, że byłem, bezpieczny, spokojny, otoczony przez ludzi…

Przy barku natknąłem się na Anetkę, jedną z niewielu osób które tam znałem. Była ubrana,  przez chwilę wspólnie przyglądaliśmy się wijącym ciałom nagich kobiet i mężczyzn, wśród ciamkań, mlaskań, wzdychań i klapsów, po czym odezwałem się pierwszy:

– Nie bawisz się?

Pociągnęła wymijająco z kieliszka, uśmiechnąła się wymuszenie:

– Ja jestem wierną żoną.

– W porządku – powiedziałem zgodnie. – Ty jesteś wierną żoną.

– Nie żartuj sobie ze mnie, proszę…

– Nie żartuję.  Jesteś po prostu wierną żoną. Może jedyną wierną żoną na tym przyjęciu.

– A twoja żona …?

– Uzgodniliśmy wszystko.

– Nie miała nic przeciwko temu? Od samego początku?

– Nie – skłamałem. – Powiedziałem jej, że albo będę brał udział w takich imprezach z nią, albo bez niej.

– Więc nie dałeś jej żadnego wyboru?

– Źle to rozumiesz – żachnąłem się. – Oczywiście że miała wybór.

– Jasne – pokiwała głową, w jej głosie zabrzmiała ironiczna nuta pogodzenia się z rzeczywistością.

Pociągała mnie, z nią naprawdę chętnie bym się pokochał. Opuściła głowę, objąłem ją ramieniem by przytulić do siebie, ale usztywniła się nagle i dałem jej spokój. Do jasnej cholery, zakląłem w duchu, jeśli chciała się tylko wypłakać przede mną, to źle wybrała. Już nie było mi jej żal, nie było mi żal żadnej ze zniewolonych pięknych, wspaniałych dziewczyn które towarzyszyły swoim mężom w rozrywkach. Chciałem się bawić i kochać, a nie wysłuchiwać pytań a potem udzielać na nie głęboko filozoficznych odpowiedzi.

– Nie chcesz się pokochać? – spytałem jednak, z resztką nadziei.

Była bardzo zrezygnowana. Była przy tym niewinna, delikatna, pociągająca, zakochana w swym mężu który właśnie pieprzył inną kobietę i wcale nie pasowała  do tego wszystkiego co działo się naokoło. Nie wiedziałem jak ją pocieszyć.

Ktoś dotknął mojego ramienia, była to moja żona. Uśmiechnałem się do niej, czekałem co powie.

– Nie bawisz się? – spytała lekko.

– A ty?

– Ja pierwsza cię zapytałam.

A więc już była z nim. Pierwszy raz poczułem do niej paskudny, niemal fizyczny wstręt, ale nie dałem tego poznać po sobie.

– Nadal jestem ci wierny – uśmiechnąłem się. – A ty, masz partnera?

Zawahała się. – Właściwie nie. Chciałbyś żebym miała?

– Pewnie. Zawsze ci to mówiłem.

– I, gdybym go znalazła, kochałbyś się z nami?

– Gdyby ci na tym zależało, zrobiłbym to dla ciebie.

– Jesteś całkowicie pewny?

– Tak.

– Chcesz tego?

– Chciałbym żebyś ty to miała.

– Chcesz tego?

– Tak

– Dobrze, zrobię to. Dla ciebie.

Ale nie zrobiła tego dla mnie. Wszystko robiła w całości dla siebie. Tylko dla siebie. Nie o to miałem do niej pretensje, lecz o to, że mi kłamała. Do tamtego dnia ufałem jej bezgranicznie.

Odeszła, odprowadziłem ją spojrzeniem. Potem poszedłem jej szukać, zajrzałem do wszystkich pokoi na dole, wszędzie ktoś się z kimś kochał, ktoś kogoś próbował uwieść, ktoś kogoś próbował zniewolić i wszystkim coś się w końcu udawało, albo i nie.

Następnie wylądowałem na piętrze, było tam kilka pokoi, otworzyłem pierwsze z brzegu drzwi, na wielkim łożu w niebieskiej pościeli kochało się dwoje ludzi, kobieta klęczała nad mężczyzną, pieściła ustami jego członek. Była odwrócona do mnie tyłem, miała włosy Agnieszki, jej figurę, cudowną pupę wypiętą na mnie. Podszedłem do nich, pieściła Rudego. Boże, zobaczyłem co trzyma w ustach, to naprawdę robiło wrażenie.

Spojrzała na mnie, nie przerywając sobie. Rudy wyciagnął dłoń, chwycił mnie za udo. Zdawał się być kimś innym, wyraz męki i skrajnego udręczenia, albo ekstazy wykrzywiał mu twarz.

– Chodź do nas, Marcin – wyszeptał cicho.

– Przyjdę – powiedziałem, głąszcząc skórę na plecach Agnieszki. -Przyjdę.

Mogłem wtedy zostać i wziąć ją z tyłu, w tej klasycznej pozycji kiedy kobieta kocha się z dwoma mężczyznami naraz. Ale musiałem wcześniej skorzystać z łazienki, wyszedłem więc się załatwić i wziąć prysznic, a kiedy wróciłem on leżał już na niej.

Podszedłem, klęknąłem przy nich, sięgnęła dłonią po mojego ptaka, wtedy Rudy zaczął ją walić, wbijał się w nią całą mocą swojego krzepkiego ciała, z jakąś potworną dziką, nieokrzesaną energią, przestraszyłem się i kazałem mu przestać, znieruchomiał natychmiast, zadarł głowę do góry, Agnieszka puściła mnie i  chwyciła Rudego za biodra, zaczęła krzyczeć, dlaczego przestałeś, dlaczego, na miłość boską, rżnij mnie do jasnej cholery, błagam, rób to, rób to…

Więc znów rozpoczął, zwolna, spokojnie, a potem coraz prędzej i prędzej, jak rozpędzający się pocziąg, patrzyłem wstrząśnięty, moja żona nagle zaczęła krzyczeć, wrzeszczeć straszliwie, rozdzierająco, błagalnie, jak w agonii, jakby błagała, żeby ją dobić, chwyciła znowu mojego ptaka, szarpnęła nim w szale raz, drugi, do bólu, powstrzymałem jej dłoń, puściła mnie, wbiła palce w swe włosy, jakby je chciała wyrywać garściami a on to robił i robił, wbijał się w nią swoim potwornym narzędziem, w moją Agnieszkę, a ona nigdy taka ze mną nie była, aż pojąłem co się z nią dzieje, pierwszy raz zrozumiałem i zagryzłem wargi do krwi, a Rudy przyśpieszył, jeszcze przyśpieszył, i jeszcze i nagle zastygł kończąc potwornym pchnięciem, a ona przyjęła go z roździerającym wrzaskiem rozkoszy, wibrującym, przerażającym….

Jeszcze wiła się pod nim, jeszcze łapała resztki odchodzącej rozkoszy, patrzyła na mnie wzrokiem nieprzytomnym ze szczęścia. Rudy też spojrzał na mnie, cały był mokry od potu. Spojrzał życzliwie, przepraszająco – Wybacz Marcin, ale kobiety szaleją za takim rżnięciem… Nie potrafię być inny…

Wyszedł z niej wolno, usiadł na kraju łóżka. Nikt nie powiedział jednego słowa, wszyscy rozmawialiśmy ze swoimi myślami. Agnieszka wyciągnęła ramię, dałem się jej przyciągnąć do siebie.

– Weź mnie, Marcin – szepnęła. Jej oczy wypełniały się wolno łzami.

– Chcesz tego teraz?

– A kiedy? – rzuciła ostro.

Rudy wstał, wyszedł. Zostaliśmy sami, byłem podniecony. Położyłem się na niej i wziąłem ją, zdawało mi się, że zabiję to w sobie, zapomnę…

Nic nie poczułem, Agnieszka spytała: – Skończyłeś już?

– Tak.

– Przytul mnie, Marcin.

– Muszę iść do łazienki.

– Boże, ty zawsze coś musisz.

– Zaraz wrócę do ciebie.

I wyszedłem, żeby już nie wrócić. Poszedłem się upić, bo wiedziałem, że ze mną nigdy nie było jej tak dobrze.

Z nagła, na balkonie rozgorzała jakaś walka, ktoś tam krzyczał, ktoś przeklinał, słychać było damskie piski. Poleciałem tam z innymi, w kręgu gości jakiś facet szarpał się z kobietą, trzymał mocno ją za włosy, zginał kark do samej ziemi. Była prawie naga, cienkie figi i pantofle, miała piękne śniade ciało, facet wrzeszczał:

– Ty cholerna suko, ty skurwione ścierwo…

Nikt nie reagował, strasznie było na to patrzeć. Gość był duży, krępy, i szalony. Podniósł wolne ramię, zmierzał się by ją walnąć w zgięty kark.

Tylko ja wrzasnąłem: – Przestań, ty skurwielu.

Spojrzał na mnie, puścił tę dziewczynę by się rzucić w moją stronę.

– Kurwa, to jest moja sprawa!

– Bijesz pan kobietę – odwrzeszczałem. – Bij się ze mną, tłusta świnio.

Ktoś wyrósł nagle między nami, był to Michał, starał się uspokoić drania. Kobieta pozbierała się, wybiegła do salonu. Wyszedłem za nią, nie chciałem podgrzewać atmosfery, i tak się zagalopowałem…

Potem odnalazł mnie Michał. Podał dłoń, podziękował.

– Dobrześ mu powiedział – śmiał się. – Ten sukinsyn jest nie do zniesienia. Zawsze wszczyna awantury, kiedyś ją zabije.

– Takiego drania należałoby zabić, nim on zabije kogoś – rzekłem  bardzo mądrze.

– Jasne – Michał usiadł przy mnie. – Czasem zdaje się, że nie ma wyjścia, jak fizycznie kogoś zlikwidować.

– Żebyś wiedział – powiedziałem. Miałem dobrze w czubie. – Kiedyś sam o mało nie wyprawiłem podobnego drania na dno piekła.

– Jak to było? – spytał.

– Ach, nie ma o czym gadać – poczułem jak mi się zbiera na wymioty. Przeprosiłem go i pognałem do łazienki, potem gdzieś się położyłem…

Zostaliśmy na noc, Fiberowie odjechali wcześniej i nie mieliśmy z kim powrócić. Zbudziliśmy się w południe, w sypialni panował ciepły półmrok od żółtych zasłon przez które przebijały miękkie promienie słońca. Moje senne marzenia przechodziły płynnie w stan półprzytomnej  jawy, w ogromnym łóżku przewracałem sie na wszystkie strony i stale natrafiałem różnymi częściami swojego nagiego ciała na różne części innych ciał nagich. Dotykałem ich próbując ustalić czyje są, i zanim mi się to udawało już zapadałem w kolejne senne marzenie.

Pamiętam, że pieściły się dziewczyny, wciąż im było mało, a mnie było wszsytko jedno.

Słyszałem Agnieszkę, jęki dławionej rozkoszy i słyszałem potem Kryśkę,  Boże, taki obrót wzięły sprawy…

Nagi wszedłem do pokoju, gdzie dziewczyny zerkały na mnie ciekawymi oczami, okryte po szyje kolorowymi narzutami.

– Nie widziałyście mężczyny? – spytałem podniecony tym co mogły robić pod przykryciem.

– Do czego to służy? – Krystyna  wyciągnęła dłoń na wierzch celując między moje uda.

– To jest kutas – rzekłem. – Spytaj Agi, może ona wie czemu toto służy.

– Do siusiania, jak go znam- odrzekł mój skarb poważny tonem.

Michał wylegiwał się w leżaku nad basenem, w cieniu drzew.

– Dziękujemy bardzo – rzekłem wprost. – Będziemy się zbierać. Może wy wpadniecie kiedyś do nas?

– Wpadniemy, jasne że wpadniemy – mruknął i wyciągnął prawą rękę w stronę drugiego leżaka. – Walnij się tu, przyjacielu. Poczekajmy aż dziewczyny coś przygotują.

– Jedziemy, Michał. Agnieszka czeka już na mnie.

Nie odjechaliśmy jednak zaraz. Wpierw zjedliśmy obiad u nich,  potem byczyliśmy się w ogrodzie, na golasa.

– Wiesz Marcin – powiedział w pewnej chwili Michał –  one naprawdę przypadły sobie do gustu. Jeszcze nie widziałem Krystyny tak napalonej na dziewczynę.

– Ja nie widziałem w ogóle, żeby Aga chciała to robić z dziewczyną.

Milczał wpatrując się w niebo, więc odezwałem się pierwszy:

– Nie macie dzieciaków?

– Nie.

Czułem się dziwnie lekko, chciałem wykorzystać ten stan, zapamiętać na wieczność całą. I raptem ocknąłem się. Wkrótce i tak wrócimy na ranczo… Podniosłem się, co za idiotyzm. Nagi bankrut, spojrzałem na siebie. Wracamy.

– Dzieciaki to wielki kłopot – powiedział Michał.

– Zgadza się – przytaknąłem. – Ja mam jeden taki kłopot. Czas na nas, stary. Wolałbym, żeby sprawy potoczyły się inaczej… Jesteście kapitalną parą, jeśli zależy chcesz znać moje zdanie. Świetną parą. Nie okłamujecie się, to jest godne szacunku. Ja mam teraz pewne problemy i póki ich nie rozwiążę raczej nie będziemy mieli czasu na podobne imprezy. A potem jakoś się skontaktujemy i może coś uzgodnimy…

– Kładź się – powiedział cicho.

– Już leżałem, Michał…

Przerwał mi:

– Aga mi mówiła, że polujesz – rzekł z zainteresowaniem.- Dobrze strzelasz?

– Kiedyś ci pokażę jak ja strzelam. Teraz się ubieram.

– Ale dobrze strzelasz?

– O co ci chodzi?

– O to, jaki z ciebie jest strzelec.

– Lepszy od ciebie – wyjaśniłem, bo wiedziałem co mówię – Ale kiedy pytasz, czy ktoś jest dobrym strzelcem, to nie znaczy tyle samo, czy ten ktoś porządnie strzela. Wiesz co mam na myśli?

– Nie wiem. Chyba że mi wytłumaczysz?

– To jest tak: w pewnych warunkach człowiek może strzelać nieźle. Ale w innych strzela gorzej, albo wcale mu się nie udaje.

– Bo się boi?

– Mniej więcej. Zawodzą go, na przykład,  nerwy.

– A ciebie nie zawodzą?

– Jeszcze mnie nie zawiodły.

– To znaczy, że z ciebie jest dobry strzelec.

– Nie. To znaczy, że do tej pory nie zawiodły mnie nerwy.

Przeciągnął się leniwie.

– Owszem, zawiodły cię. Mało nie pobiłeś Mietka, gdyby nie ja pewnie byłoby tam gorąco.

– Wcale nie. Dałbym mu tylko nauczkę, nie mogę patrzeć jak ktoś bije kobietę. Cały czas panowałem nad sobą.

– No dobrze – mruknał pojednawczo. – Nauczysz mnie strzelać?

– Przyjedzcie do nas, mam strzelnicę na ranczo. Możemy się ugadać  na jakiś dzień.

Podniósł się. – Po co czekać na jakiś dzień? Pokaż mi jak się to robi dzisiaj.

– Nie mam tu żadnej broni.

– Ja mam. Karabinek sportowy, kaliber 5.6.

Nie zapytałem go skąd ma ten karabinek. Rzekłem natomiast:

– Dobrze, jeśli da  się z niego wystrzelić, to pokażę ci jak się to robi.

Strzelanie jest funkcją strzelca. Każdy to robi inaczej, tak jak każdy kierowca inaczej prowadzi samochód. Lubiłem strzelać i nadal to lubię. Lubię strzelać sportowo, chociaż w myślistwie tylko trochę można skorzystać ze sportowego strzelania. Strzelanie do zwierzęcia angażuje całego człowieka, jego oko, rękę i system nerwowy. Strzelanie do nieruchomej tarczy jest pozbawione owego głębokiego napięcia jakie pojawia się gdy celujesz do czegoś co żyje, jest pozbawione owego wyostrzenia zmysłów…

Przyniósł stary, jednostrzałowy kbks, taki jaki pamiętałem z lekcji przysposobienia obronnego w szkole średniej. Był to okropnie toporny wzór  przedwojenny, z krótką prostą osadą, ciężką lufą i przesadnie grubą komorą. Ale też była to broń bardzo stabilna i celna, jeśli strzelało się z dobrej pozycji.

Poszliśmy z nim na tył domu, gdzie rósł gęsty młodnik świetkowy. Ustawił puszkę na słupku, skrzywiłem się tylko. Powiedział następnie, żebym w nią trafił.

Zajrzałem w lufę, sprawdziłem zamek i wprowadziłem nabój. Na słupku był ślad po sęku, wielkości orzecha włoskiego. Wycelowałem i wolno sciągnąłem spust.

– Może trzeba ustawić przyrządy? – podpowiedział.

– Najpierw sprawdźmy gdzie poszedł nabój mruknąłem.

W sęku widniał niewielki otwór, byłem z siebie zadowolony.

– Niczego nie trzeba ustawiać – oddałem mu broń. – Strzela dokładnie tam gdzie celujesz.

Pokręcił głową z uznaniem.

– Ja zacznę od puszki.

Ustawiłem go na linii dwudziestu pięciu metrów i wytłumaczyłem jak ma ściągać  spust. Przyjął krzywą pozycję i już wiedziałem, że nigdy nie będzie strzelał dokładnie.

– Dobrze – uśmiechnąłem się zarozumiale. – A teraz podrzuć puszkę w powietrze.

Trafiłem ją w powietrzu, ale nie chciałem więcej się popisywać, i tak widziałem, że zrobiło to na nim wielkie wrażenie.

Potem usiedliśmy w ogrodzie, moja żona z nami i kiedy przyszła Krystyna, nachyliła się nad nią i pocałowała w policzek. Potem pocałowała mnie w usta, krótko, ale zdążyła wsunąć język między me zaciśnięte wargi. Dziękowała mi, poczułem jeszcze większą złość na siebie.

– Będziemy się zbierać – odrzekłem sucho. Agnieszka, wlepiła wzrok w środek stołu,  milczała zagryzając zęby.

Przysiadła się do niej, pogładziła po włosach i spytała łagodnie:

– Jesteś wściekła?

Aga potrząsnęła głową. – Nieważne.

Strząsnęła dłoń pieszczącą jej włosy, wstała raptownie.- Idę się pakować – syknęła. – Możecie sobie porozmawiać. Nie jestem wściekła.

Nie, to ja byłem wściekły.

Dwa wróble spadły z powietrza na świeżo przycięty trawnik. Skakały naprzeciw siebie strosząc pióra i drąc zawzięcie dzioby. W sadzawce plusnęła  ryba, ostre promienia słońca załamały się na niewielkiej fali.

Podobną sadzawkę zamierzałem wykopać na naszym ranczo. Miałem też w planie basen i widziałem wielu przyjaciół odwiedzających nas w letnie upały, osłonięty krzakami teren przy wodzie, nagie ciała dziewczyn i mężczyzn wystawionych na słońce.

– Gdzie mieszkacie, Marcin? – zapytał Michał wieszając broń na oparciu ławki. Siedliśmy przy okrągłym betonowym stole, zapadłem się w wygodny pleciony fotel wyłożony gąbczastymi poduszkami.

– Na wsi, podobnie jak wy. Mamy ranczo.

– Chętnie was odwiedzimy. No, jeśli nas zaprosicie – roześmiał się.

– Nie ma sprawy, ale dobrze byłoby się pośpieszyć…

Opowiedziałem mu pokrótce o swoich problemach, niczego nie upiększałem. Powiedziałem jak jest, nie miałem ochoty go zwodzić.

-Wiesz – powiedział podnosząc się – szukałem niedawno czegoś podobnego. Niemniej…

– Nie rób mi raczej nadziei – mruknąłem.

Poszedł po piwo, przyniósł kilka schłodzonych butelek i szklanki.

– Krystyna odwiezie was, ja też się przejadę. Nie chcę ci robić nadziei, ale może znajdę ci kogoś kto by to kupił. Zrozumiałe, że najpierw sam muszę obejrzeć.

– Jasne, mogę ci nawet dać parę pięknych zdjęć, żebyś mógł oczarować jakiegoś kupca.

– Nie żartuję, Marcin.

– Ja też nie żartuję.

Wyjechaliśmy późnym popołudniem, po drodze wydałem mnóstwo pieniędzy na kilka butelek piwa, w domu nie mieliśmy żadnego alkoholu.

Oboje byli zachwyceni naszym ranczem, wierzyłem im. Była pełnie lata, drzewa liściaste oszałamiały bujną zielenią, kwitły krzewy i klomby, Michał odciągnął mnie w zaułek, dał znać, że chce mi powiedzieć coś na osobności.

Powiedział tak:

– Posłuchaj, stary. Spotkamy się jutro na mieście, przywieź te zdjęcia jakie masz i zastanów się nad ceną za tę posiadłość. Weź ze sobą wszystkie akty notarialne, co tylko masz. Dobrze byłoby, żebyś pokazał umowę bankową o kredyt, wyliczenia spłat i tak dalej. Oraz ile ci jeszcze zostało do spłacenia. Ponadto proszę cię o jedno, z nikim nie rozmawiaj na ten temat, tylko ze mną. Nie gadaj nawet żonie, nikomu. Pomogę ci, wyjdziesz z tego.

– Dlaczego chcesz mi pomóc? – spytałem.

– Chcę ci pomóc – popatrzył na mnie z troską. – Uważam, że jesteś kimś, komu warto pomóc.

Tonący brzytwy się chwyta, a ja tonąłem. Powiedziałem:

– Nie ukrywałem niczego przed tobą. Michał, jeśli coś z tego wyjdzie, będę ci zobowiązany.

Podaliśmy sobie ręce, objął mnie i pocałowaliśmy się w oba policzki. Potem wróciliśmy do kobiet.

Wkrótce zostaliśmy sami, w głębi duszy nie liczyłem na cud w postaci pomocy Michała. Odjechał, nadzieja powoli mnie opuszczała. Agnieszka zaszyła się w pokoju przed telewizorem, zabrałem sztucer i poszedłem się przejść ścianą lasu po łąkach. Nie byłem w stanie na niczym się skupić, postanowiłem poczekać do jutra, do spotkania z Michałem.

Wróciłem o nocy, Agnieszka spała w naszym łóżku. Zdjąłem buty i walnąłem się na wersalkę w pokoju Moniki, nawet się nie rozbierałem, po prostu okryłem się kocem i zasnąłem, zmęczony marszem.

Obudziła mnie nad ranem, potrząsnęła tak silnie za ramię, że zerwałem się na równe nogi.

– Co się stało?

– Dlaczego śpisz tutaj?

– A dlaczego nie miałbym?

Stała chwilę nade mną z grobową miną.

– Rozumiem – powiedziała.

– Skoro rozumiesz, to po co mnie budzisz?

Pokręciła głową, wydęła usta. – Kawał z ciebie skurwysyna.

– No i dobrze – mruknąłem, odwróciłem się i udałem że zasypiam w najlepsze. Nigdy nie nazwała mnie w taki sposób.

Na śniadanie wypiłem garnuszek gorzkiej herbaty i przekąsiłem dwoma kromkami suchego chleba. Uznałem, że powinno mi wystarczyć do obiadu, trzech bułeczek z kefirem na mieście. Pozbierałem wszystkie dokumenty o które prosił Michał i nie zamieniwszy jednego słowa z żoną wyjechałem na spotkanie do Kielc.

Michał był punktualny, sprawiał wrażenie bardzo zaangażowanego w wydźwignięcie mnie z tarapatów. Poszliśmy do baru na wolnym powietrzu i tam przedstawiłem mu dokumenty. Kupił piwo i frytki, jedząc niespodziewanie darmowy obiad wyjaśniałem mu przez kwadrans wszystkie kwestie. Zadał mi kilka istotnych pytań, coś się działo.

Istota sprawy polegała na tym, że gdybym sprzedał ranczo za cenę którą chciałem dostać, a nie była to cena wygórowana, spłaciłbym kredyt i zostało by mi jeszcze około osiemdziesięciu tysięcy złotych. W  przypadku licytacji najpewniej nie zostało by nam nic. Michał zrozumiał wszystko, poczynił kilka notatek, spisał numer księgi wieczystej i zakończyliśmy rozmowę o interesach. Chciałem go opuścić, ale widziałem, że nie bardzo ma ochotę pozbywać się mojego towarzystwa. Zapytał, czy mam czas i mógłbym pojechać z nim w parę miejsc, odrzekłem, że dawno nie miałem tyle wolnego czasu, wsiedliśmy do jego auta i zjeździliśmy całe miasto, miał mnóstwo interesów  w różnych miejscach i łaziłem z nim wszędzie. Odwiedził kilka kantorów, potem dwa banki, znowu zajrzał do swojego kantoru, potem oblecieliśmy plac targowy i dwa sklepy które prowadziła Krystyna. Byłem naprawdę poruszony, zdawał się być bogatszy niż początkowo myślałem. Miał pieniędzy ponad wszelkie moje wyobrażenie, no cóż…

W południe zaprosił mnie na porządny obiad w porządnej knajpie, rozsiedliśmy się i naraz zaczął mnie wypytywać o sprawy myśliwskie. Znowu interesowało go wszystko, pytał  o broń, ekwipunek, na co poluję, co już upolowałem, na koniec wyznał, że zawsze marzył o tym, żeby zostać myśliwym.

Wyjaśniłem mu, że z jego pieniędzmi to żadna sztuka, wpisowe do koła wynosi dwa tysiące, betka dla niego, nawet nie warto wspominać. Przy okazji skróci mu się staż kandydacki, w nagance także nie będzie musiał biegać, to jasne.  Wiedziałem, że nie będzie z niego myśliwego, może chciał zaimponować znajomym… Było mi wszystko jedno,  udzieliłem mu najrzetelniejszych informacji, po czym okazało się, że chce się zapisać do koła natychmiast.

– W porządku – powiedziałem. – Złóż podanie, w przyszłym tygodniu jest walne zebranie koła i zostaniesz kandydatem. Tego etapu nie da się po prostu przeskoczyć, jak na razie.

– Kiedy, gdzie mam złożyć to podanie?

– Nawet dzisiaj, możemy się wybrać do łowczego, mieszka pod miastem.

– Masz czas, Marcin? Naprawdę? Będę ci bardzo zobowiązany, zależy mi żeby to już odwalić.

Prawie mnie błagał, nie wiedziałem co się z nim dzieje. Wyglądał na naprawdę napalonego, a ja byłem cały do jego uslug. Co miałem robić?

U łowczego załatwiliśmy sprawę w try miga, zapoznałem ich, Michał zostawił podanie, dał pieniądze i pojechałem po dwie butelki wódki, zostawiłem ich żeby sobie mogli pogadać bez skrępowania.

Potem wracaliśmy z powrotem do miasta, cały dzień spędziliśmy ze sobą.

– Marcin, jak Boga kocham, jestem ci bardzo zobowiązany.

– Nie żartuj…

-Tamto to są sprawy niezależne, pomogę ci ile będę mógł. Dzięki za to co zrobiłeś dla mnie dzisiaj. Zostaw telefon, w ciągu dwóch dni skontaktuję się z tobą.

Nie wierzyłem mu, nie mogłem tylko pojąć skąd w nim było tyle zacięcia żeby mi pomóc. Nie miałem możliwości wypytać o niego, zresztą mógłby się prędko dowiedzieć i wyszedłbym na człowieka któremu nie można zaufać.

Przed powrotem do siebie raz jeszcze odwiedziłem łowczego.

– Słuchaj, co to za typ? – rzucił się na mnie. – Co mu się tak cholernie śpieszy?

– Nie wiem – odrzekłem szczerze. – To biznesmen, może po prostu taki ma zwyczaj załatwiania spraw. Nie przejmuj się, nie będzie z niego myśliwego, a wniesie trochę szmalu do kasy koła.

– Mam nadzieję, że nie wprowadzasz jakiegoś ch. Strasznie wypytywał o ciebie.

– Wypytywał o mnie?

– Jak tylko pojechałeś po gorzałkę. Że się niedługo znacie, że mu obiecałeś przyjęcie do koła i czy ci można zaufać, jakim jesteś myśliwym,  człowiekiem i tak dalej…

– Pytał o takie rzeczy?

– Jak Boga kocham.

– Coś mu powiedział?

– A co miałem powiedzieć?

Nie wiedziałem co o tym myśleć, Michał kręcił, nie potrafiłem go przejrzeć. Miał nade mną przewagę z każdej strony, postanowiłem być ostrożny.

Agnieszka traktowała mnie jak powietrze, ja ją też. Nie miałem siły wykrzesać z siebie nawet odrobiny czułości, coś pękło pomiędzy nami. Tym razem to ona poszła spać do pokoju córki, świat się walił.

W środku nocy zbudziłem się, krążyła przy zgaszonym świetle po kuchni, słyszałem dźwięk tłuczonego szkła, jej ciche przekleństwa. Potem przyszła do mnie, wsunęła się pod kołdrę i przytuliła do mnie. Udawałem że śpię mocno, zaczęła mnie pieścić.

Podnieciłem się, ale to już nie było to. Wziąłem ją w końcu, ledwo ledwo, jakbym odwalał małżeński obowiązek. Żadne z nas nie wydało najmniejszego odgłosu, nie okazało zwykłej czułości, przeżywanej rozkoszy.

– Nie chcę tak – powiedziała, gdym się z niej stoczył na bok.

– Cóz, inaczej nie potrafię.

– Potrafiłeś.

– Nie. Okazało się, że nie potrafiłem.

Milczała chwilę. Potem powiedziała: – No, to się w końcu dowiedziałeś.

– Dowiedziałem się.

– Jaki z ciebie kochanek.

-Tak, jaki ze mnie kochanek.

Wsadziłem głowę w poduszkę.

– Zawsze byłeś prymitywny w seksie – uslyszałem jej głos z oddali.

Milczałem, wepchałem sobie róg kołdry w zęby.

Walnęła mnie pięścią w plecy.

– Slyszałeś co powiedziałam?

– Tak – wykrztusiłem. Chciałem jednego, żeby już sobie poszła. – Powiedziałaś, że jestem prymitywnym kochankiem.

– Właśnie, powinienneś się uczyć.

– Nie – odparłem i wstałem. – Dla ciebie już nie będę się uczył niczego.

Wyszedłem nago na pole, owionęło mnie chłodne powietrze. Nie miałem nic, straciłem nawet żonę, mojego najlepszego przyjaciela.

Telefon zadzwonił z samego rana. Odebrała Agnieszka w kuchni, powiedziała do słuchawki : Jest, zaraz go zawołam, i weszła do sypialni. Spojrzała na mnie, chciała z mojej miny wywnioskować ile pamiętam z nocy.

– Zaraz odbiorę – powiedziałem ponuro.

Poczekałem aż wyjdzie, ubrałem dres i podniosłem słuchawkę. Dzwonił Michał, prosił bym koniecznie był w jego kantorze o drugiej w południe, sprawa była i pilna i bardzo ważna. Dotyczyła sprzedaży rancza.

Na śniadanie zjadłem dwa jajka na miękko, dwie kromki chleba i popiłem herbatą ekspresową zaparzoną z wysuszonych, raz już użytych szaszetek. Sprawdziłem paliwo w aucie, musiałem zatankować w mieście, żeby móc wrócić z powrotem.

Potem poszedłem się przejść, czułem potrzebę  poukładania sobie w głowie wszystkiego po kolei, nie ufałem Michałowi i podejrzewałem, że chce wydorzystać moje kłopoty do swoich celów.

Najdziwniejsze to było dla mnie, że się uspokoiłem wewnętrzenie, mój umysł jasno oceniał sytuację, nawet problem z Agnieszką rysował się czysto. W rzeczy samej byłem wdzięczny losowi, że stało się jak się stało. Nasz związek nabrał w moich oczach nagłej wyrazistości, uprzytomniłem sobie, że w rzeczy samej był bardzo płytki, pozbawiony głębokiej więzi która każe ludziom wspierać się w trudnych chwilach. Bazował głównie na mojej potrzebie realizacji się w seksie, jej ciało pociągało mnie niezwykle, uwielbiałem je pieścić, zatracałem się w tym. Przez to nie dostrzegałem, że ona odbiera nasz związek zupełnie inaczej, oddawała mi się jakby z konieczności, dla świętego spokoju, na zasadzie niech sobie weźmie i jak najprędzej skończy. No, może przejaskrawiam, przecież bywało, że ona pierwsza rozpoczynała grę wstępną, lecz wytłumaczyłem sobie, że była to jedynie potrzeba seksualnego zaspokojenia rujnej samicy.

Michał jak zwykle pojawił się z rzetelną punktualnością, przywitałem się z nim nie okazując jak bardzo czekam na wieści. Zaczął tak:

– Marcin, musisz mi powiedzieć, ile naprawdę chcesz za to?

– Powiedziałem już -odrzekłem. Nie nadawałem się zupełnie do tego typu negocjacji.

Wyglądał na zmartwionego.

– Posłuchaj, za tyle nie pójdzie. Widzisz co dzieje się naokoło? Podobnych obiektów jest teraz na pęczki… Prawie za darmo.

– Wiem  o tym – zirytowałem się. – Masz w końcu dla mnie coś konkretnego?

– Nie wkurzaj się – położył mi dłoń na ramieniu. Rozmawialiśmy w jego aucie, myślałem o tym, że być może niepotrzebnie przyjeżdżałem do miasta i traciłem benzynę.

– Michał – powiedziałem mu. – Ja się nie wkurzam, nie rozmawiajmy w ten sposób.

– Przepraszam cię – zdjął tę rękę. Przez długą chwilę patrzył przed siebie na ulicę, jakby się zastanawiał nad następnym posunięciem. Siedziałem cicho, bo co miałem mówić?

– No dobrze – zaczął znowu. – Co byś powiedział na 120 000?

Było to o 60 000 mniej niż mu powiedziałem wczoraj. W przypadku sprzedaży zostawało mi na czysto 20 000, po zaspokojeniu roszczeń banku.

– A maszyny i urządzenia?

– Za wszystko.

– I kto miałby to kupić?

– Ja.

– Jak chciałbyś zapłacić?

– W dwóch równych ratach, jedna przy podpisaniu umowy, druga u notariusza.

– A kiedy chciałbyś podpisać umowę?

– Nawet jutro. Jeśli się zgodzisz, dasz mi te dokumenty i każę prawnikowi przygotować wszystko na jutro w południe.

– Chciałbym wcześniej obejrzeć umowę – powiedziałem sucho. – Wybacz, ale wiesz że nic więcej nie mam.

– W porządku, będzie jak chcesz.

Widziałem, że coś go dręczy. Zagryzał wargi, sapał, rozglądał się na boki rozbieganymi oczami. Ale to nie było moja sprawa, mógł mieć jakieś inne problemy. Zamknąłem teczkę z dokumentami, i tak z niej nie korzystaliśmy. Dwadzieścia tysięcy, tłukło mi się po głowie. Dwadzieścia, a nie osiemdziesiąt… Przyzwyczaiłem się już do myśli, że będzie to coś koło osiemdziesięciu. Chciałem znaleźć się sam na sam ze sobą, przemyśleć, wyciągnąłem rękę na pożegnanie.

– Zaczekaj Marcin – powiedział. – Śpieszysz się?

– Chciałbym sobie poukładać w głowie to i owo.

– Marcin, uwierz, nie mogę ci dać więcej… To i tak… Nieważne, sam wiesz że za pół tej ceny mógłbym kupić większy obiekt bliżej miasta.

Miał rację, pokiwałem głową. Wartość naszego rancza brała się głównie z położenia i pięknej okolicy. Dla biznesu mogło to jednak nie mieć najmniejszego znaczenia, lepsze powierzchnie produkcyjne były na sprzedaż znacznie taniej na peryferiach, a nawet w samym mieście od  bankrutujących firm. Wolałem jednak nie zagłębiać się z nim w ten temat, musiałem podjąć po prostu decyzję.

Spojrzał na zegarek. – Zjadłbyś coś? – zapytał.

– Będę się zbierał – odrzekłem.

– Marcin – powiedział dziwnym, tępym głosem. – Zapłaciłbym ci ile powiedziałeś, ale rozumiesz, sam ma kłopoty finasowe…

– To po jaką cholerę to bierzesz?

Już wiedziałem, że nie chce mi po prostu pomóc. Gorzkie przeczucie totalnego bankructwa znowu  dało mi znać o sobie, zapadałem się w pustkę.

– Chodź ze mną, zjemy coś i pogadamy.

Zgodziłem się, będę rozmyślał czy nie, i tak gówno z tego wyniknie. Wracać na ranczo? Do kogo? Do Agnieszki, ha…

Żarcie stawało mi kołkiem w gardle, jadłem przymuszając się, żeby mieć z głowy kolację.

Marcin stracił apetyt, walił sztućcami po talerzach, pocił się. Zaczął mi w pewnej chwili opowiadać o wspólniku, który jest mu winien dużo pieniędzy. Trzydzieści  tysięcy dolarów, gdyby miał te pieniądze, już, teraz…

Niejasne przeczucie zaczęło wypełniać mój umysł. Mówił dalej, że to wielki bandzior, nie ma na niego właściwie sposobu. Łazi spokojnie po ulicy, nabrał tysiące osób i nikt nie może mu się dobrać do skóry.

Siedzieliśmy na deptaku w centrum miasta, barwne tłumy przewalały się w tę i z powrotem w ów pogodny dzień, mieliśmy widok na stare kamienice, obdrapane bramy prowadzące w mroczne podwórka, eleganckie witryny sklepów, jedno mieszało się  z drugim. Tęskniłem już za czystością wiejskiego powietrza, spokojem łąk i lasów, pól chłopskich. Źle czułem się w mieście.

– Patrz – w pewnej chwili Michał rzucił głową w kierunku chodnika. – To właśnie ten gość o którym mówię.

Podążyłem spojrzeniem za jego wzrokiem. Kilkanaście metrów od nas przechodziło dwóch mężczyzn, jeden utykał na lewą nogę, był z naszej strony, barczysty, niski, o kwadratowej twarzy kryminalisty, we flanelowej koszuli i długiej kamizelce sięgającej prawie kolan. Znałem go z widzenia, często wystawał pod kantorami, handlował walutą i papierami.

Ten drugi był wyższy, szczupły, w sportowej kurtce, sprężysty jak sportowiec. Obaj mieli na głowach niebieskie czapeczki z długimi daszkami, paskudne typy.

Weszli w jedną z bram, zniknęli nam z oczu.

– I co ty na to? – zagadnął Michał.

– Hm – mruknąłem. – Widzisz, ja żyję sobie spokojnie na wsi. W każdym razie do tej pory tak było. Lubię wieś, w mieście czuję się gorzej niż w kościele na niedzielnej mszy. Miasto to dla mnie inny świat, rozumiesz?

– A jak sprzedasz ranczo, to co będziesz robił?

– Nie wiem. Pewnie zaszyję się gdzieś na jakiś czas, może wyjadę w Bieszczady.

– A rodzina? Masz córkę i żonę, nie?

– Córka uczy się w Gdańsku – wyjaśniłem. – Mieszka z dziadkami i tak pewnie zostanie. To bogaci ludzie, nie chcą grosza… Agnieszka? Może wyjedzie do niej. Dam sobie radę, Michał.  – Uśmiechnąłem się. – Będę polował, z głodu nie umrę.

– Wiem, że jesteś świetnym myśliwym – powiedział.- Mówił ten łowczy wczoraj.

Miałem ochotę doradzić mu, żeby o takie rzeczy pytał innego świetnego myśliwego. Skwitowałem jednak milczeniem ten komplement.

Znów spojrzał na zegarek. Spytałem, czy mu się śpieszy, powiedziałem, że nie mam zamiaru zabierać mu więcej czasu i z trudem zdobyłem się na to, by mu podziękować za starania w mojej sprawie.

– Muszę odwiedzić matkę – rzekł naraz.

Uznałem że jestem wolny, on jednak nalegał, żebym z nim poszedł. No więc zgodziłem się, i udaliśmy się na drugą stronę ulicy, wprowadził mnie w jedną z tych obskurnych bram, wąską klatką schodową  weszliśmy na ostatnie czwarte piętro, na zabudowany strych. Szedłem za nim starając się nie dotykać niczego, podrapane ściany oblepione były tu i ówdzie jakimś szczególnie  lepkim brudem, gdzieniegdzie zaschłym na kolorowo jak resztki rzygowin, a lastrykowe schody pokrywały  plwociny i kipy . Uważałem stale by nie wdepnąć w coś obrzydliwego, żeby się nie poślizgnąć, na dodatek poręcz tylko na krótkich odcinkach mogła dać w miarę pewne oparcie. Tam, gdzie brakowało dłuższych odcinków, można było zlecieć pół piętra w dół na betonową posadzkę. Przez chwilę zastanawiałem czy już kto kiedy nie zleciał.

Mijaliśmy drzwi mieszkań na piętrach, brudne jak wszystko dokoła, a gdy przechodziliśmy obok jednych, uchyliły się one i coś wyjrzało na nas, zasuszona ludzka istota.

Znaleźliśmy się na poddaszu, mdłe światło dzienne z małego zakurzonego okienka mieszało się ze słabym światłem niskowatowej żarówki, wiszącej u sufitu na kawałku podwójnego przewodu. Było  tam dwoje drzwi, naprzeciw siebie, pomalowanych świeżo olejną farbą na jasny orzech, tylko one wydawały się względnie czyste w tej całej klatce schodowej.

Zza drzwi po prawej ręce dochodziły tony nastrojowej muzyki, ściszone głosy z których nie udało mi wyłowić konkretnego słowa, głośniejsze kroki, czasem jakiś kobiecy głos nucący melodię, bliskie szmery i dalekie krótkie wołania. Usłyszałem  dźwięk szkła i uderzenia ściennego zegara.

Drugie drzwi Roman otworzył  ciężkim  kluczem od zapadkowych zamków, jakich już mało. Prowadziły w  ciemny korytarz, po lewej znajdowała się ubikacja z której skorzystałem natychmiast. Była świeżo wysprzątana, chociaż sciany oblatywały z wapiennego tynku obmalowanego na żółto. Muszla klozetowa lśniła bielą, podniosłem stopą suchą deską. Dalej wchodziło się wprost do do kuchni, stał tam stary dwuczęściowy kredens, duży biały stół nakryty ceratą, pożółkła lodówka, zlewozmywak i wanna na jednej ze ścian. I wszędzie walały się brudne naczynia w niewiarygodnej ilości, talerze, szklanki wypełnione w połowie fusami, spodki i miski.

W rogu pod oknem dostrzegałem suchokościstą sylwetkę siedzącej na stołku kobiety, trwała w bezruchu, między kolejnymi zaciągnięciami się papierosem bez ustnika. Jej oczy były straszne, głębokie, otoczone czarną obwódką, spojrzenie przenikliwe. Przed nią, na zagraconym stole znajdowało się  miejsce na spodek na pety i szklankę z czarną kawą. Spodek był już przepełniony, szklanka w połowie pusta, z grubą warstwą fusów na dnie. Ubrana była w czarną sztrusową podomkę, związaną grubym skórzanym paskiem, głowę jej gładko opinała barwna chusta opadająca daleko na plecy, starcze kosmyki siwoszarych włosów wystawały nad czołem. Twarz była sucha, kości policzkowe wydatne, obciągnięte zółtobrązową skórą. Na kolanach trzymała wytłuszczony zeszyt szkolny, za uchem miała zatknięty kopiowy ołówek.

Na gazowej kuchence gotowała się woda, nim raczyła odpowiedzieć na nasze powitanie, podniosła się, podreptała dwa kroki, zdjęła imbyk z ognia, uzupełniłą szklankę wrzątkiem, imbryk odstawiła, wróciła na swój zydel, podniosła szkło do suchych bezkrwistych warg i siorpnęła ze smakiem. W głębokich oczodołach pojawił się błysk zadowolenia, spojrzała na mnie pytając chrapliwie: – Napiję się pan?

Zanim zdążyłem odpowiedzieć, Michał rzekł prędko:

– Mamusiu, poczęstuję Marcina sokiem w pokoju.

Nigdy później nie rozmawiałem z nim o matce. Raz wspominał o ojcu, powiedział, że odszedł od nich kiedy miał dziewięć lat, od tamtej pory żyli w wielkiej biedzie, on, matka i jego dwie starsze siostry. Dowiedziałem się także od przypadkowego rozmówcy, że matka Romana była piękna za młodu, a po odejściu męża, doktora medycyny, podjęła pracę sprzątaczki, szybko posunęła się w latach i biła niemiłosiernie swoje pociechy. Najczęściej prała Michała, ale dziewczynki też dostawały w skórę. Ich wrzaski często wypełniały ciemną studnię podwórka.

Weszliśmy następnie do pokoju, do staromodnego luksusu ogromnego salonu wypełnionego antycznymi meblami, strzyżone dywany pokrywały lakierowany parkiet, dwa ogromne stojące zegary  naciągane ciężarkami, wciąż na chodzie, pokazywały jednakową  godzinę. Karafki na stole, wykwintne szkło, ogień w kominku z epoki baroku, rzeźby nagich kobiet po obu stronach granitu i obrazy z wiejskimi widokami których wartości nie potrafiłem ocenić. Złocone story zasłaniały okna, a w jednym rogu stała rzeźba, której nie można było nie zapamiętać: splecione w miłosnym uścisku piękne ciała muskularnych chłopców, trzymająch się wzajemnie za wzwiedzione członki, zastygłych na wieczność w pocałunku namiętnych ust.

Przyznaję, że przyglądając się temu dziełu sztuki, doznałem osobliwego podniecenia.

Wskazał mi miejsce w wielkim fotelu z brązowej  skóry i spytał czego się napiję. Poprosiłem o wodę z lodem, poszedł do barku, sobie zrobił jakąś pomarańczową mieszaninę i usiadł naprzeciw. Piliśmy jakiś czas w milczeniu, jakby wciąż nie był pewny czy ma mi coś do powiedzenia.

W końcu zapytał, patrząc przeciągle na zegar:

– Marcin, mogę ci bezgranicznie zaufać?

Żachnąłem się, nikt mnie nigdy nie prosił o bezgraniczne zaufanie.

– Nie wiem – wzruszyłem ramionami. – Co to znaczy: bezgranicznie?

– Znaczy to – rzekł przebijając mnie wzrokiem – że za kilkanaście minut coś  się wydarzy w sąsiednim pokoju. Możesz być świadkiem tego, co się będzie tam działo… Może to na tobie zrobić takie wrażenie, że będziesz źle sypiał kilka następnych nocy i będziesz się budził spocony. Czy  mi obiecasz…

Zamilkł, przestało mi się to wszystko podobać.

– Może lepiej będzie, jeśli niczego mi nie pokażesz – udałem skrywane ziewnięcie. – Nie dlatego, żebym się bał, ale dlatego że nie masz do mnie należytego zaufania. Gdybyś je miał, moje zapewnienie nie byłoby ci potrzebne. Jeśli go nie masz, to także ci nie jest potrzebne, bo co jest warte zapewnienie człowieka, któremu się nie ufa?

Podrapał się w czoło i łyknął ze szklanki.

– Niby racja – przytaknął. – W takim razie zrobisz jak zechcesz.

– Powiedz mi jeszcze co to ma być ?- rzuciłem.

– Scena – podniósł oczy na sufit. – Coś między mężczyzną a kobietą. Coś brutalnego. Bardzo. Ohydnego… Dno piekieł.

– Widziałem wiele różnych rzeczy – mruknąłem, ale  bez przekonania.

Skrzywił się. – To betki. Wybacz mi, ale to pewnie były betki. Na pornusach, nie? Tam wszystko jest wyreżyserowane – mówił z pogardą. – Perwersje seksualne… w głębi duszy czujesz że to spektakl, nikomu nic złego się  nie dzieje…

– A ty co masz do zaoferowania?

– Powiedziałem: dno piekieł. Tu, na tej ziemi. W całej  rzeczywistości.

Wychylił się ku mnie.- Marcin, ty kochasz kobiety, podobnie ja. Czuję to, to jest piękne w tobie. Chciałbym, żebyś zobaczył co te dranie potrafią robić…

Chwycił mnie za rękę, zacisnął palce jak szpony na moim nadgarstku. Wpatrzył się we mnie oczyma swej matki.

– Nikt o tym nie wie, nikt. Nikogo tu poza tobą nie przyprowadziłem. Musisz to zobaczyć, będzie mi lżej, stary. Nic nie rób, tylko patrz.

Podniósł się, oparł dłońmi o stół, drżał cały.

– To i tak się wydarzy – mówił wpatrując się w jakiś punkt na ścianie. – Bez względu na to, czy będziemy się temu przyglądać, czy nie. Bez ciebie i z tobą. Potraktuj to jako rodzaj wiedzy, wiedzy o człowieku.

– Po jaką cholerę mi więcej wiedzy o ludziach? – spytałem.

– Może masz rację. Jeśli tak uważasz, to zbierajmy się stąd – i koniec.

Wyprostował się, czekał na moją decyzję.

A ja powiedziałem:

– Zgoda, popatrzę sobie.

Kiwnął głową bez jakiegoś specjalnego uczucia ulgi czy radości

Następnie odsłonił kotarę przed nami. Wydawało mi się, że jest tam okno, ale ukazała się tafla grubego szkła, jakieś pół na pół metra, na wysokości jego twarzy. Skinął na mnie bym podszedł.

Pokój, do którego teraz zaglądaliśmy, był urządzony tak, jak wyglądają wnętrza burdelowych pokoików na filmach, bardzo przytulnie, w kolorze brunatnej i jaskrawej czerwieni,  z wielkim łóżkiem, umywalką za kotarą w rogu, widoczną od naszej strony.

Kilka stojących  lamp, z kolorowymi abażurami ze zwisającymi frędzlami,  dawało przytulne  światło, a kiedy zegar u nas wybił godzinę, drzwi do pokoju otwarły się i wszedł do środka  bezszelestnie postawny mężczyzna. Zostawił drzwi uchylone i spojrzał wprost na nas. Odruchowo odsunąłem się w bok, lecz  Michał  położył mi dłoń na ramieniu i powiedział normalnym głosem:

– On patrzy w lustro, nie słyszy nas. To specjalna szyba o kilku warstwach, stłumi nawet głośne kichnięcie.

I mówił dalej:

– To co tam się dzieje ma dobrą oprawę muzyczną. Jeśli będziesz chciał posłuchać dzwięków z tego pokoju, po prostu nałóż te tutaj słuchawki. Tym reguluje się siłę głosu – wskazał palcem pokrętło na pudełku leżacym na półce przy słuchawkach .

Mówił, a ja patrzałem na leżące na półce słuchawki, na przycisk, pokrętło potencjometru w metalowym opakowaniu wzmacniacza i twarz znajdującą się tuż przy naszej szybie, która już mi była znajoma, szczerzącą zęby do nas. Była to twarz tego gościa, którego widziałem z kuternogą na deptaku.

Postroił miny przed nami, przyczesał włosy i odwrócił się, odszedł w głąb pokoju. Podążyłem za nim spojrzeniem, podszedł do łóżka i walnął się na nie. Przez jakiś czas leżał bez ruchu, nic się wielkiego nie działo.

A potem, kiedy znowu pociągaliśmy trunki na stojąco, gapiąc się przez ową specjalną szybę na pokój z leżącym mężczyzną, jak duch zjawiła się ona.

Była bardzo młoda, sądzę że nie miała osiemnastu lat, drobna ale nie niska, około stu sześćdziesięciu pięciu centymetrów, proste kasztanowe włosy spływały na jej ramiona. Twarz miała szczupłą,  oczy patrzyły z lękiem. Duże, czy nawet wielkie, a może tylko takie mi się wydały gdy wpatrywała się w postać na łóżku, i widziałem jak drży jej smukłe nagie ciało, jak tuli ramiona i jak krzyżuje dłonie na swoim łonie, jakby chciała je przed czymś osłonić.

Mężczyzna poruszył się. Kiwnął na dziewczynę i ta podeszła do łóżka na sztywnych nogach. W tym czasie ktoś inny zamknął drzwi, odwróciła się nerwowo, w jej oczach był lęk.

Mężczyzna podniósł się, chwycił ją za dłonie i pociągnął na siebie; dziewczyna upadła przy nim na bok i natychmiast poderwała się do pozycji siedzącej.  Jego reakcja była natychmiastowa, chwycił jej ramię i cisnął na wznak.

Potem klęknął nad nią, uderzył otwartą dłonią w twarz, i tak zostawił. Wyprostował się i patrzył długą chwilę na nieruchomą postać dziewczyny, na jej gładkie złączone uda. Nachylił się,  wcisnął dłonie pomiędzy kolana i rozerwał szeroko, tak szeroko jak to było możliwe. Patrzył.

A potem blyskawicznie, jakby miał to przećwiczone niejeden raz, schylil się i w oka mgnieniu założył na kostki jej nóg grube rzemienne opaski. Skurczyła się, ale rzucił się, przygniótł własnym ciężarem jej piesi i to samo zrobił z nadgarstkami jej rąk.

Była unieruchomiona.

Wstał, obszedł powoli łóżko i sprawdził napięcie rzemieni. Skrzywił się i wyszedł na chwilę.

Spojrzałem na Michała, nic nie mówił. Poszedłem do stolika nalać sobie wody, kiedy wróciłem w pokoju bylo już dwóch nagich mężczyzn, stali do nas tyłem, przyglądali się dziewczynie.

– Michał?

– Co, Marcin?

– Co oni zamierzają?

Zwrócił na mnie szarą, mokrą od potu twarz, oczy wychodziły mu z orbit.

– Nic – potrząsnął głową.

– Lepiej powiedz – rzekłem, w gardle stałe mi zasychało. – Ona wyjdzie z tego cało?

– Tak – głos mu ochrypł. Spróbował się roześmiać. – Będzie żyła, co ty?

Wtedy zaczęło się, kulas usiadł przy dziewczynie i wsadził jej dłoń między uda. Ten drugi sięgnął po butlekę z olejkiem, wylał ją całą na brzuch dziewczyny. Żaden z nich nie był podniecony, zdawało się, ze wykonują jakieś nudne czynności, Kulas masował coraz intensywniej krocze dziewczyny, sportowiec po prostu siedział bezczynnie, przyglądał się.

W pewnej chwili Kulas zaprzestał i wsadził dwa palce w pochwę, chwilę sprawdzał jej wnętrze. Potem wyciągnął dłoń i obwąchał, podstawił Rudemu pod nos, tamten otrząsnął się i roześmiał.

Dziewczyna miała zamknięte oczy, zaciśnięte usta, oddychała płytko, przerywanie.

– Michał?

– Nic się nie bój – odrzekł. – Sprawdza czy jest faktycznie dziewicą.

Jego chrypiący głos dochodził mnie z piekła. Kulas zaczął majstrować dłonią pod swoim brzuchem, nie widać było skutku, siedział tyłem. Dziewczyna na chwilę otworzyła oczy, spojrzała w tę stronę, jej szczęka poczęła drżeć. Rudy to dojrzał, podsunął się wyżej i spróbował ją pocałować. Widocznie nie mogła otworzyć ust, poderwał się i walnął ją mocno w twarz. Chwilę patrzył, potem zrezygnował i wrócił do Kulasa, ten wciąż usiłował postawić swojego członka.

Rudy coś powiedział do niego, ten potrząsnął głową i jeszcze mocniej przyłożył się do siebie, w końcu opadł z sił, skinął głową do Rudego.

Ten podniósł się, był już trochę podniecony, przeszedł do szafki i wyjął z szuflady sztucznego członka, wrócił, wylał na niego resztką oliwki i rozprowadził dlonią po lateksowej powierzchni.

– Co się dzieje? – spytałem.

– Kulas to półimpotent – wyjaśnił drętwo Michał. Zdawał się być spokojniejszy, pociągnął ze szklanki i dodał : – za każdym razem wydaje mu się, że tym razem mu stanie…

Przełknął raz jeszcze, ręce drżały mu lekko, starał się uspokoić oddech. – Dlatego – wyjaśniał dalej – bierze tylko dziewice, myśli że to go weźmie w końcu.

– Cholera – mruknąłem. – Nie mam ochoty tego oglądać.

– Jeszcze chwilę – powstrzymał mnie za ramię.

– Skąd on bierze te dziewczyny?

– Moja matka je załatwia. To jej jedyna rozrywka.

– Jaka  rozrywka?

– Z drugiej strony, widzisz, jest takie same lustro. Nad nad łóżkiem. Oczywiście, ma lepszy widok niż my stąd.

Gdy pomyślałem o podnieceniu wiedźmowatej staruchy zebrało mi się na wymioty. Chciałem iść stamtąd, postanowiłem że zaraz odejdę.

Znowu patrzyłem, Kulas przejął członek od Rudego, definitywnie zaprzestał prób podniecenia się.  Sparł się na jednym ramienieniu i widziałem, że próbuje ulokować sztucznie prącie  między udami dziewczyny, Rudy rozchylił jej zarost, obaj skupili się na tej czynności.

– Cholera – zakląłem. – To jest bez sensu.

– Jeszcze kilka sekund – prosił Michał. Znów charczał, dotknął swojego rozporka, spojrzał na mnie. Potrząsnąłem głową, żałowałem że zostałem.

Pokraczna sylwetka nagiego mężczyzny pochylila się teraz prawie cała nad ciałem dziewczyny, trzymał oburącz prącie, szykował się do pchnięcia, odwróciłem głowę. Michał jęknął, przeszedł mnie dreszcz, spojrzałem tam.

Dziewczyna leżała spokojnie, jej głowa bezwładnie spoczywała na boku na pościeli, piersi unosiły się ledwie dostrzegalnie.

Kulas klęczał wciąż nad nią, nie widziałem jej krocza, zasłaniał swym tyłkiem. Rudy coś powiedział, podniósł się i przyniósł duży brązowy ręcznik, podał Kulasowi. Ten siegnął po niego, szarpnął do siebie jakby wyciagnął coś z ciała dziewczyny, przyłożył tam ręcznik, po czym odrzucił na bok, za siebie. Rudy potrząsnął głową, skrzywił się, Kulas położył się na dziewczynie próbując wejść w nią. Wreszcie mu się chyba udało, zaczął pracować lędźwiami, zaciskał pośladki, odwróciłem się i poszedłem po wodę, serce waliło mi jak oszalałe, rozsadzało klatkę piersiową. Stanąłem przy oknie, patrzyłem w dół na ohydne podwórko, jakieś dzieci bawiły się przy kranie z wodą, ganiały za sobą z garnuszkiem, chłopcy polewali dziewczynki.

– Jak tam? – odezwałem się do Michała.

Stał do mnie tyłem, opuścił spodnie i się onanizował. Doszedłem do wniosku, że nie jest tak źle, wróciłem do przyglądania się dzieciakom, jakaś kobieta wychyliła się z okna, coś krzyczała nad nimi…

Michał zastękał i skończył, podciągnął gacie, uznałem, że najwyższy czas się wynosić. Poczekałem aż się oporządzi, podszedłem ponownie by zajrzeć czy i tam się skończyło.

Teraz na dziewczynie położył się Rudy, prędko skończył, podniósł się. Jego członek był cały we krwi, wytarł go ręcznikiem, zdawało się, że dziewczyna wciąż krwawi, z jej pochwy wypływała wolno gęsta brunatna ciecz.

– Michał – rzekłem stłumionym głosem. – Ona się może wykrwawić.

Nic nie odpowiedział. Pojawił się Kulas, usiadł przy głowie dziewczyny, zaczął ją przewracać z boku na bok, była całkiem bezwładna. Uderzył ją kilka razy w policzki z obydwu stron, nawet nie otworzyła oczu. Potrząsnął nią, nie reagowała.

Podniósł się, widziałem, że jest podniecony, zawołał coś do Rudego, ten odwrócił się od umywalki i kiwnął głową.

Kulas stanął teraz naprzeciw dziewczyny, zasłonił ją sobą. Nie mogłem się ruszyć, mogłem tylko patrzeć, Michał sapał chrapliwie, ja może też. Kulas pochylił się, wyciągnął dłonie, sparł się na nich i wszedł w dziewczynę. Przez jakiś czas wyglądało to na normalny stosunek, w pewnej chwili podniósł głowę i widocznie zawołał na Rudego, ten wytarł podbrzusze, i wrócił do łóżka. Po drodze zabrał coś z szafki, niósł w ręce której nie wiedzieliśmy, usiadł przy dziewczynie na kraju, sparł się na łokciu i półeżąc wyciągnął dłoń do piersi dziewczyny, trzymał w niej brzytwę.

– Michał – wychrypiałem, uniosłem pięść.

Rzucił się na mnie, odpchnął w stronę stołu.

– Co ty, kurwa, wyprawiasz? – przytrzymywał mnie za ramiona.

Nic nie rozumiałem, patrzyłem tylko na niego i powoli wracałem do siebie.

– Coś ty chciał zrobić? – sapał. – Chciałeś rozwalić pięścią tę szybę? Kurwa, opanuj się, nic jej nie zrobią… To tylko perwersja, czego się boisz?

Byłem chyba półprzytomny, podał mi szklankę z wodą, napiłem się.

– Dobrze, dobrze? – dopytywał się.

– Co, kurwa, dobrze? Po coś mnie tu przyprowadził?

– O Jezu, nie sądziłem, żeś taki słaby…

Odepchnąłem go, dałem kilka sztywnych kroków, zajrzałem do tamtego pokoju.

Był pusty, nie było w nim żadnych ludzi. Na łóżku leżał jakiś długi nierówny przedmiot zawinięty w koc, jakby ktoś zrolował dywan. Michał stanął przy mnie, nic się nie działo. Patrzyliśmy tak kilka długich jak wieczność chwil, w ponurej jak grób ciszy.

Patrzyłem i patrzyłem, podszedłem pod samą szybę. Z dalszego końca rulonu wystawały kasztanowe włosy dziewczyny, odwróciłem się.

– Mieli jej nic nie zrobić – powiedziałem do Michała z płaczliwą pretensją.

Twarz miał tak szarą, jakby wszystka krew zeszła mu z głowy. Drżał. Ja także drżałem, moja twarz też pewnie była szara jak popiół.

– Marcin – rzekł cicho. – Czasem się nie udaje.

Wróciłem do stołu, usiadłem ciężko, nie chciałem się podnieść. Po nie wiem jak długim czasie wyszliśmy stamtąd, matka Michała gdzieś znikla.

Wróciłem wtedy prosto na ranczo, Agnieszki nie było. Gdyby była, przytuliłbym ją do siebie, pokochał na nowo. Chciałem ją chronić, chociaż ją, chociaż przez chwilę poczuć że jest bezpieczna w moich ramionach.

Poszedłem na długi spacer do lasu, niosłem jak zwykle sztucer. Zobaczyłem pasącego się kozła na łące, pod zagajnikiem brzozowym. Zatrzymałem się, czekałem, kozioł podniósł łeb, odganiał muchy przeżuwając trawę, rozglądał się, na chwilę znieruchomiał, wietrzył. Potem znowu zaczął żuć, pochylił łeb, wsadził go w trawy…

Zacząłem iść na niego, podszedłem na jakieś pięćdziesiąt metrów, zobaczył mnie. Staliśmy nieruchomo przez kilkanaście sekund, kozioł nie był pewny co widzi. W końcu wolno odwrócił się, odszedł w krzaki, znowu przystanął, patrzył w mą stronę. Zaczął szczekać, ale słabo, jakby nie był pewny czy warto…

Podniosłem rękę, pomachałem nią. Runął natychmiast w zagajnik, zniknął na dobre.

Wróciłem o zmroku. Agnieszki nie było jeszcze , zacząłem się martwić. Usiadłem przed wyłączonym telewizorem, nie wiedziałem co zrobić. Na szosie zatrzymał się samochód, usłyszałem trzask drzwiczek, potem ruszył,  chyba zwrócił. Wziąłem latarkę i wyszedłem jej na spotkanie, spotkaliśmy się w połowie drogi. Przystanęła, zatrzymałem się kilka kroków przed nią.

– Marcin, nie dotykaj się mnie – rzekła suchym głosem.

– Jak chcesz – zawróciłem.

Spędziłem tę noc w fotelu, nie kładłem się. Trochę spałem, zapadałem w jakieś krótkie drzemki, budziłem się odrętwiały. Byłem niepotrzebny, nawet sam sobie.

O świcie znowu poszedłem się przejść, ten sam kozioł żerował w tym samym miejscu. Obejrzałem go sobie przez lornetkę, był młody,  zwarty, energia emanowała z jego postawy. Mogłem go zabić, miał na głowie słabe parostki szóstaka w drugiej klasie wiekowej.

Wróciłem o piątej trzydzieści, Agnieszka spała w pokoju Moniki. Byłem wybudzony, wiedziałem, że nie zasnę ponownie. Usiadłem przy niej, wsunąłem dłoń pod kołdrę, gładkie ciało mojego skarba… Gorące, cudownie wypukłe pośladki, spała na brzuchu i nie mogłem się oprzeć podnieceniu. Tak było, w trudnych chwilach brałem ją gwałtownie, bez pieszczot i leniwie narastającej rozkoszy. Wiedziałem, że się obudzi kiedy już w niej będę i nie poruszy się aż skończę. Robiłem to tylko dla siebie,a ona to akceptowała.

Z kuchni przyniosłem  kawałek papierowego ręcznika. Nie wzięła go ode mnie jak zwykle, tylko rozchyliła uda, złożyłem bibułkę i umieściłem w jej kroczu, by sperma nie drażniła jej, kiedy spływała po skórze na prześcieradło.

Pogłaskałem jasną czuprynkę, zamruczała  dając mi do zozumienia, że się nie gniewa i dopiero wtedy poszedłem pod prysznic.

Słońce stało wysoko, zapowiadał się kolejny ciepły i cichy dzień. Ubrałem krótkie spodnie, płócienną koszulkę, stare wygodne trampki. Poszedłem na strych, zza belki stropowej wydostałem sportowy karabinek małokalibrowy z założoną chińską lunetką 4×32, była to jedyna sztuka broni jaką miałem bez pozwolenia, ciągnęło mnie do niej. Chciałem potrzymać trochę w dłoniach, potem zszedłem na dół by strzelić kilka razy do tarczy na swojej strzelnicy.

Przypiąłem cztery nowe tarcze, położyłem się na drewnianym podeście pięćdziesiat metrów od celu i oddychałem czas jakiś głęboko, aż do mojego mózgu dotarło wonne powietrze, o słodkożywicznym smaku młodych sosnowych pędów. Próbowałem pokonać w sobie lęk, wydmuchać go ze swych piersi.

Złożyłem się, oddałem po trzy strzały do każdej tarczy, mierzyłem spokojnie, zeszło mi z tym kilkanaście minut. Było nieźle, wciąż dobrze strzelałem.

Wróciłem i ukryłem broń w skrytce. Agnieszka brała prysznic w łazience, poczekałem aż wyjdzie, wytrze się i ubierze. Wtedy odezwałem się do niej:

– Jadę do lasu na kilka godzin, od paru dni dziki podobno wychodzą pod ambonę na dębie. Chciałbym to spradzić.

– Z czego będziesz strzelał? Miałeś przecież oddać karabin w komis.

– Oddam jutro.

– Masz jakieś pieniądze?

Miałem w portfelu parę banknotów, trochę drobnych.

– Ile potrzebujesz?

– Trzeba kupić jakieś pieczywo i coś do jedzenia.

Wypełnił mnie wielki smutek. Pójdzie do sklepu, mój skarb. Już nawet nie myślała o tym, że do sklepu można było pojechać autem.

A ja właśnie oznajmiałem, że jadę do lasu, piętnaście kilometrów w jedną i tyle samo w drugą stronę. Trzydzieści kilometrów, dziesięć podróży do sklepu, w tą  i z powrotem. I jeśli wrócę z pustymi rękami, będzie to zwykłe wyrzucenie pieniędzy dla mojej przyjemności.

– Ja coś kupię – raptem zmieniłem zdanie.- Pojadę do miasta, i tak muszę być w banku.

– O której wrócisz?

” O której wrócisz, gdyby ktoś dzwonił”, takie pytanie zadawała mi wcześniej, kiedy jeszcze stać nas było na opłacanie rachunków telefonicznych.

– Nie wiem, pewnie około południa. Nie mam za wiele roboty.

Zaparkowałem w centrum, Romana odszukałem w jego kantorze, zaprosił mnie na zaplecze.

– Co z tą umową? – spytałem.

– Będzie gotowa za dwie godziny – odrzekł. Twarz miał spiętą, zapytał czego się napiję. Dziewczyna przyniosła wodę gazowaną, nalał mi do szklanki. – Zdecydowałeś się na cenę?

-Tak. Chcę mieć dzisiaj tę forsę.

Opuścił głowę, myślał. Wstał, wyszedł na kilka minut, gdy wrócił powiedział:

-W porządku, ale tylko dwadzieścia tysięcy. Jutro dam ci drugie dwadzieścia, handel dzisiaj idzie słabo. Jutro jest wtorek, przyjadą Ruscy na targ.

Zgodziłem się, nie miałem wyjścia. Umówiliśmy się za godzinę w biurze jego prawnika, wyszedłem na miasto powóczyć się trochę. Poszedłem wzduż rzeki nad zalew, mijałem ludzi, byli martwi w mych oczach.

Podpisalem tę umowę, wydawała mi się sporządzona rzetelnie, uwzględniała zadlużenie na hipotece i terminy wypłat. Akt notarialny mieliśmy podpisać za tydzień.

Potem Roman zaprosił mnie do swojego domu za miastem, tam miał gotówkę. Usiedliśmy w ogrodzie, zaczął mówić:

– Jasne, moja matka żyje z nierządu. Można uznać, że to zajęcie jak każde inne… Każda kobieta ma prawo robić taki użytek ze swojego ciała, rozumiesz. To wczoraj…

Jeszcze mi nie zapłacił, postanowiłem nie wdawać się w dyskusję.

– Jesteś skurwysynem  – przerwałem mu.

Pokiwał głową.

– Synem wielkiej kurwy – dodałem.

Podniósł się i zostawił mnie samego, czekałem przyglądając się szpakom biegającym po świeżo przystrzyżonym trawinku. Gdy wrócił, niósł w jednej ręce ten karabinek z którego strzelaliśmy w niedzielę, w drugiej plik banknotów.

Banknoty rzucił na stół przede mną, karabinek oparł o pień bliskiego drzewa.

Przeliczyłem forsę, poczułem się pewniej, ale zarazem doznałem wrażenia jakbym się pozbywał czegoś bardzo bliskiego, cząstki samego siebie.

– Coś będę musiał wymyślić… –  Michał nie spuszczał ze mnie spojrzenia. Czekałem co powie dalej, przygryzł wargi. – Jesteś dobrym strzelcem?

– Nie rozumiem?

– Mnie serce wali od samego patrzenia na broń – ciągnął. – Nie wiem co to jest.

Niejasno, z głębi podświadomości wyłaniało się mroczne przeczucie.

– On nie pokazuje się na mieście inaczej jak z obstawą – mówił Michał, patrząc teraz na korony drzew. – Najczęściej to Rudy, był trenerem karate… Wiesz jak zabili Kennedy’ego…

Skrzywiłem się, zaraz to zauważył.

– Dlaczego chcesz to zrobić? – spytałem. – Napędza szmal twojej matce, kobieta ma ubaw.

– Sprowadzam mu te dziewczyny – wyznał ponuro. – Ja to zacząłem. Jest mi winien kupę pieniędzy, robię to by je odzyskać. Spłaca mi ratami, tak często jak ma dziewczynę…

I mówił dalej:

Matka rozkręciła ten burdel, kilka lat temu. Rudy zjawił się kiedyś jako klient, wypytywał o dziewczynę która byłaby cnotliwa, czy to jest do załatwienia. Mówił, że cena nie ma znaczenia. Wcześniej pożyczyłem mu  trzydzieści tysięcy dolarów, na akcje Próchnika. Wiesz jak to działa?

– Nie. Nie mam pojęcia.

– Opowiem ci później. No więc zarobił na tym prawie trzy razy tyle – i nie oddawał, a ja nie miałem jak go przycisnąć. Pomyślałem: za te dziewczyny zapłaci tak, że odzyskam wszystko. Zupełnie zgłupiałem.

Wzruszyłem ramionami. – A ty chcesz się go pozbyć?

Sparł łokcie na stole, podparł brodę na złączonych dłoniach.

– Pojechałem do Rowna, dwa lata temu, by się rozejrzeć za interesami. Pojechałem ze znajomym, miał tam już jakieś układy. Potem okazało się, że to mafia, a burdel większy mają niż u nas,  zniechęciłem się więc prędko i chciałem wracać. Ale wybraliśmy się  moim autem, obiecałem znajomemu, że gdzieś go jeszcze zawiozę. Pojechało z nami dwóch gnojków z mafii, takie wyelegantowane modnisie. Udaliśmy się do Lwowa, potem na południe w góry, jakimiś strasznymi drogami z mnóstwem ogromnych dziur jak po minach przeciwczołgowych, jechaliśmy przez wioski nie tknięte cywilizacją od paru wieków, gdyby nie parę anten anten telewizyjnych na niektórych dachach, myślałbyś że znalazłeś się w średniowieczu.

Byłem w strachu. W tym krajobrazie mój mercedes był jak  statek kosmiczny w epoce kamiennej. Bałem się, że mnie zatłuką gdzieś po drodze, już choćby dla tego auta, ale znajomy zapewnił,  że to rodzinne strony jednego z tych typów co jechał z nami. Z nim nic nam miało nie grozić, mieli kałasznikowy pod kapotami.

Po jakiejś godzinie skończyła się wszelka droga, poruszaliśmy się dalej rozbełtanymi duktami polnymi, dolinami rzek, przejedżaliśmy brody, aż wjechaliśmy w wieś. Ze wszysktich stron były góry, pokryte lasem jak w naszych Bieszczadach.

Przed pierwszą chałupą mafioso siedzący za mną położył mi dłoń na ramieniu, prawie zemdlałem od tego. Zatrzymałem się, powiedział coś szybko, nie zrozumiałem, przez myśl przeszły mi straszne obrazy. Mój kumpel wyjaśnił jednak, że chodzi o to by dalej prowadził Ukrainiec. To była jego rodzinna wieś, chciał zaimponować rodzinie. Nie martw się, nie popsuje ci auta, tak mnie pokrzepił na koniec.

Przesiedliśmy się więc, niech jedzie skoro to takie ważne dla niego, myślałem. Gdyby chcieli nas pozabijać, zrobiliby to wcześniej, nie prosiliby o przysługę.

Czegoś podobnego nie zobaczysz w życiu. Przywitały nas wychudzone burki, bose dzieciaki w workach po mące… Miały w nich powycinane otwory na głowy i ramiona, w pasach były poprzewiązywane sznurkami. Oblepiły auto, przyklejały się do szyb, zaglądały do środka ciekawymi oczami, oniemiałe. Czasem pojawiał się jakiś żylasty chłop, w łachmanach, przystawał, kręcił glową albo zastygał w bezruchu.

Nasz mafiozo zajechał przed jedną z chałup na drugim końcu wioski, auto zostawił na środku drogi, dał długi sygnał klaksonem, wysiedliśmy. Powietrze było chłodne, ostre jak to w górach, kiedym patrzał na bose nogi dzieciaków, dostawałem gęsiej skórki. Wieś ożywiła się, zrobił się ruch pomiędzy domami,  wszystko z naszego powodu.

Staliśmy na piachu przed chatą, nasi mafioza poopierane o maskę, wtem odskoczyły deski w otworze który był drzwiami, pokazała się ta dziewczyna…

To był obraz z któregoś z tych filmów, gdzie śliczna aktoreczka ubrana w gustowne łachmany odgrywa rolę ubogiej młodej dziewczyny, cnotliwej i czystej, nieskażonej żadną perwersją… Taka była siostrzenica naszego mafioso, prosta, szczupła i delikatna,  jakaś bardzo elegancka w swej krótkiej białej spódniczce, luźnej bluzeczce i sandałach z pociętych opon. Chwilę stała na stopniu, potem krzyknęla: Wania!, Podbiegła do nas, zarzuciła wujowi ramiona na szyję. Gdyby ktoś wówczas nakręcil tę scenę kamerą…

Obcałowywała go, a ja nie mogłem oderwać oczu od jej nagich piersi, widocznych w rozpięciu bluzki gdy podniosła ramiona. Śnieżnobiałe, nietknięte męską dłonią, poczułem wielką suchość w gardle i ból w piersi, mój towarzysz dźgnął mnie w bok i szepnął: Uważaj, tylko.

Lecz ja nie mogłem nie patrzeć na to cudo, kiedy zaproszono nas do chałupy, trudno mi się było skupić na czymkolwiek innym jak zerkaniu na tę dziewczynę.

Poczęstowała nas wyblakłą herbatą, to było wszystko. Miałem w aucie trochę  jakichś kremowych ciasteczek, orzeszki solone, takie drobiazgi które zabrałem na drogę. Spytałem szeptem kolegę, czy wypada to przynieść. Pokiwał głową z przejęciem, lecz  mafioso się skrzywił, zrozumiałem swój błąd. Przecież miał to być jego mercedes. Zapytałem więc głośno, czy mogę wziąć z bagażnika swoje rzeczy. Rozluźnił się, rzucił coś do dziewczyny i zrozumiałem, że ma iść ze mną.

Trząsłem się przy niej cały, zdawało mi się że wszyscy to widzą. Wyszedłem na chłodne powietrze, dziewczyna za mną. Stanąłem przy bagażniku, spojrzałem jej w oczy. Serce waliło mi jak oszalałe, język utknął gdzieś w grdyce. Patrzyła na mnie spokojnie, jakimś wesołym i ciekawym spojrzeniem, czekając co zrobię. Chryste, jak bardzo pragnąłem wtedy ją objąć, dotknąć tych dziewiczych cycuszków, przygarnąć do siebie i nakryć swymi ustami jej rozchylone usta…

Pewnie też tak bym zrobił, gdybyśmy byli daleko od ludzi. Pewnie bym ją tam zgwałcił, gdyby nie chciała mi się oddać, dałbym jej wszystkie pieniądze za to… Wszystko bym oddał za ten pierwszy raz z nią, tak bardzo chciałem posiąść ją pierwszy, wejść pierwszy w jej ciasną, dziewiczą cipeczkę…

Bałem się jednak, bałem się tych dwóch, wieśniaków, wszystkich się tam bałem. Podniosłem klapę, ofiarowałem jej resztki żywności jakie zabrałem z kraju. Raz dotknąłem jej dłoni i skóry na przedramieniu, gładkiej i jędrnej i to było całe me seksualne przeżycie.

Rozmawialiśmy potem o tym i o owym. Dziewczyna wyszła do drugiej izby z wujem, kiedy wrócili, zagadnął nas, czy w Polsce nie byłoby dla niej jakiejś pracy.

Uczepiłem się tego, obiecałem im wszystko. Przez miesiąc nie myślałem o niczym innym, jak tylko o niej i by już po nią pojechać.

Ale przywieźli ją oni, przyjechali rozklekotanym rupielem zorientować się jaką będzie miała robotę i w ogóle. Zapewniłem jej miejsce w kantorze, już drugiego dnia brakowało pieniędzy w kasie, nie wiem jak ona to robiła, miała tylko sprzątać, przyuczać się.

Dla mnie była jakoś dziwnie opryskliwa, nie dawała się dotknąć, zżerała mnie zazdrość, trzeciego dnia wpadł Kulas i ją zobaczył. Napalił się okropnie, powiedziałem mu że to dziewica, dyszał z pożądania…

Tego samego dnia zgodziła się pójść z nim do łóżka, nie wiem za jakie pieniądze. Zaprowadziłem ją do burdelu matki, tam odbył się seans, nie przyglądałem się temu. Matka mi powiedziała, że zabrało ją pogotowie, w ostatniej chwili uratowali jej życie. Kulasa dopadli tamci, podobno wypłacił dwadzieścia tysięcy, wtedy właśnie wywiercili mu wiertarką dziurę w łękotce żeby sobie ich zapamiętał.

Resztę mniej więcej już znałem, a czego nie znałem, tego już poznać nie chciałem.

– Michał, jak go chcesz sprzątnąć? – spytałem. Uznałem że istnieje jakaś granica której nie będę musiał przekroczyć, tą granicą miała być śmierć Kulasa. Wydawało mi się, że mogę teoretycznie zbliżyć się do niej, nawet przećwiczyć praktycznie, ale na tym koniec. To mi dawało jasność umysłu i komfort psychiczny, nie musiałem się bać.

Pokazał głową na karabinek.

– Jest czysty – powiedział. – Mam go od prawie dwudziestu lat, nigdzie nie jest odnotowany.

Pokiwałem głową. – Trzeba by użyć mocniejszej amunicji i trafić dokładnie w głowę, bo drugi raz nie da się z tego wystrzelić.

– Marcin, znasz się na tym?

– Nic z tego – udałem że chcę się podnieść. – To jest poważna sprawa, Michał.

– Siedzisz już w tym – powiedział.

Miał rację, uświadomiłem to sobie to w owej chwili, kiedy wyrzekł te słowa. Niemniej podniosłem się na dobre, właśnie dlatego.

Natychmiast poderwał się za mną. Nie bałem się go, wyczuwałem w nim jakąś słabość.

– Przemyślałem sobie wszystko? – spytałem.

– Zapłacę ci – odrzekł w zamian.

– Zapłać mi za ranczo – odrzekłem. – Teraz mi powiedz, jak to sobie wymyśliłeś.

Poszliśmy między drzewa w jego parku, między szklarnie i plantację winorośli która tam była. Wyjaśnił mi, że najlepiej byłoby, według niego, zastrzelić Kulasa w centrum miasta, przy jego kantorze. Miała się tam niedaleko znajdować rozbabrana budowa, na której od kilku miesięcy nikt nie pracował. Budowa była ogrodzona drewnianym parkanem wychodzącym na ulicę, w środku znajdował się stary budynek, poddawany gruntowanemu remontowi, niezamieszkały.

Uzgodniliśmy, że obejrzę to sobie nazajutrz i spotkamy się w jego kantorze w celu omówienia dalszych spraw. Miał również mieć dla mnie druga ratę pieniędzy, planowałem wpaść do banku i uzgodnić warunki spłaty kredytu. Coś dziwnego zaczęło nas łączyć, rozmawialiśmy coraz szczerzej ze sobą. Powiedział przy rozstaniu, że nie muszę na razie myśleć o wyprowadzaniu się z rancza, że może będzie miał dla mnie taką ofertę, że wcale nie będziemy musieli się stamtąd wynosić. O innych pieniądzach nie rozmawialiśmy na razie.

Zrobiłem porządne zakupy, pierwsze do kilku miesięcy naprawdę ludzkie jedzenie. Doszedłem potem do wniosku, że nie mogę zabić człowieka za to, że zgwałcił dziewczynę, a ona zmarła od tego. Nie wiedziałem jak to naprawdę było, wszystko było dostatecznie zamazane by nikomu niczego nie udowodnić.

Postanowiłem odbrać od Michała wszystkie pieniądze, załatwić sprawy z bankiem i wycofać się ze wszystkiego. Wróciłem na ranczo, byłem spokojny o najbliższą przyszłość, musiałem pomyśleć o jakimś zajęciu. Wierzyłem, że coś wymyślę, już głód nie deptał nam po piętach.

W kuchni na lodówce zastałem kartkę od Agnieszki, pisała że wróci późno i żebym się o nią nie martwił. Miałem zamiar urządzić przyjęcie, zagryzłem zęby.

Agnieszka wróciła nad ranem, spałem już. Obudziłem się, kiedy otworzyła drzwi kluczem, poszła się myć do łazienki, zasnąłem znowu, a kiedy się ponownie zbudziłem był dzień a moja żona spała w pokoju córki. Nie miałem czasu by z nią pogadać, musiałem jechać do miasta w naszych sprawach.

Dyrektor banku zgodził się na miesięczną prolongatę zadłużenia, mieli zaprzestać naliczania karnych odsetek. Michał wręczył mi drugą ratę, potem pojechaliśmy do niego żeby przyjrzeć się dobrze broni. Wcześniej pobieżnie obejrzałem sobie tę budowę o której mówił, wlazłem za płot i odkryłem dobre miejsce z którego był czysty widok na kantor Michała, żółtą plastikową budkę ustawioną na środku deptaka. Wyjaśnił, że ściagnie tam Kulasa i będzie stać przy nim, kiedy padnie strzał. Miał w ten sposób uniknąć wszelkich podejrzeń.

Zabrałem od niego broń, powiedziałem, że muszę założyć lunetę i przystrzelać go z odpowiedniej amunicji na sześćdziesiąt metrów, tyle ile dzieliło parkan  budowy od kantoru. Wciąż bawiłem się myślą, że zbliżę się do owej nieprzekraczalnej granicy, dotknę jej prawie, ale się cofnę, kiedy już poczuję jaki ma kształt.

Agnieszka leżała w łóżku, kiedy wróciłem. Przyrządzałem sobie jajecznicę na boczku, kiedy przyszła do mnie w podomce. Była zmarnowana, miała zaczerwienione oczy.

– Chcesz wiedzieć gdzie byłam? – spytała zaspanym głosem.

– Niekoniecznie – odrzekłem wbrew sobie. – Możesz mi powiedzieć, jak chcesz.

– A jak nie będę chciała?

– To nie mów.

Rozglądała się w milczeniu po kuchni, podeszła do lodówki i wyciągnęła sok pomidorowy, nalała sobie do szklanki i usiadła przy stole.

– Skąd wziąłeś pieniądze na to wszystko?

– Sprzedałem ranczo.

– Nie jest już nasze?

– Nie.

Podniosła się, zachwiała lekko i oparła ciężko na stole. Chciałem ją podtrzymać, strząsnąła mnie z siebie.

– Idź. Myślałam, że nie dojdzie do tego…

– A do czego miało dojść?

– Nie wiem. Ale nie do tego…

Zaszlochała, moja jajecznica przypalała się. Zamieszałem ją i odstawiłem na zimny palnik, zabrałem się za krojenie chleba.

– Zjesz ze mną?

– Nie. Pewnie bym się udławiła. Ale może to byłoby lepsze…

Patrzyłem na nią, zagryzałem wargi, nie byłem w stanie jej pocieszać. Chyba właśnie wtedy podjąłem decyzję.

Kiedy poszła się położyć, zażywszy uprzednio krople na uspokojenie, zabrałem się za przejrzenie broni. Znajdowała się w doskonałym stanie, jedyny problem polegał na tym, że nie było jak założyć lunety. Należało przylutować w tym celu jaskółczy ogon, metalowe prowadnice pod montaż, albo je przykręcić. W obu przypadkach nie byłem w stanie sam tego zrobić, cokolwiek bym uczynił gdzieś zostałby ślad po tym. Znałem co prawda rusznikarza któremu można było absolutnie zaufać, ale wiązało się to z wożeniem broni w tę i z powrotem kilkadziesiąt kilometrów za miasto, nie chciałem ryzykować. W końcu nawet niegroźny wypadek, kontrola policyjna, czy coś podobnego mogło położyć sprawę raz na zawsze. Zakładałem, że broń przewiozę tylko raz, wtedy kiedy będzie się to miało wydarzyć.

Zastanawiałem się co zrobić z tym montażem, bałem się ryzykować strzału z przyrządów otwartych. Wciaż jednak wydawało mi się, że to tylko zabawa, traktowałem ją co prawda całkiem serio, lecz w głębi duszy nie wierzyłem że może do tego dojść. Dlatego chyba wpadłem na pomysł, by użyć mojego karabinka, tego ze strychu. Zakładałem, że po wszystkim zniszczę broń tak, by była nie do poznania, zrobiło mi się go żal.

Oddałem z niego wiele nieprawdopodobnie celnych strzałów. Z wolnej ręki zabijałem sroki siedzące na gałęziach pięćdziesiąt metrów odemnie. Zabijałem cznadle z niewiele mniejszej odległości i kuropatwy  zimą na polu. Zastrzeliłem wielkiego psa na łące, który siedział w bezpiecznej – jak mu się wydawało – odległości nad strumieniem i bacznie śledził moje ruchy gdy podchodziłem. Ten pies, cwana sztuka,  do którego już raz strzelałem ze sztucera i spudłowałem w biegu, nie dopuszczał myśliwych na otwartym na mniej niż sto metrów, ale wtedy chyba coś go rozleniwiło. Podchodziłem go udajac, że absolutnie nie mam złych zamiarów, przystawałem, zrywałem kwiatki, patrzałem w kierunku szosy, aż powoli uniosłem broń i spokojnie umieściłem muszkę na czole zwierzaka.    Strzał z karabinku .22 jest  cichy i jeśli się go odda w powietrze nie jest głośniejszy niz ten z wiatrówki, ale wówczas wyraźnie usłyszałem uderzenie kuli i zwierzę zapadło się w sobie tak, jakby nagle przywarło do ziemi. Odliczyłem odległość krokami, zabiłem go z sześćdziesięciu metrów strzałem prosto między oczy.

W moich oczach ten karabinek miał swą osobowość, nie mogłem myśleć, że wktótce będe musiał go zniszczyć.

Tak czy owak postanowiłem go użyć. Miałem pudełko silnej amunicji, …………., wyjąłem pięć sztuk i założyłem nowe tarcze na strzelnicy. Zwiększyłem odległość o dziesięć metrów, strzeliłem raz i okazało się, że broń przenosi o dobre pięć centymetów. Zająłem się regulacją przyrządów, zeszło mi z tym prawie godzinę, zużyłem następne pięć sztuk naboi.  Ale i tak pozostało mi jeszcze czterdzieści sztuk, dość by zastrzelić czterdziestu bandziorów.

Po kolacji zostałem w domu, Agnieszka krzątała się trochę po kuchni, potem usiadła na wersalce przed telewizorem, zwinęła się w kłębek, okryła szczelnie kocem, nie rozmawialiśmy. Kupiłem piwo, zaproponowałem jej butelkę, odmówiła. Piłem więc sam, siedząc w fotelu, obserwowałem ją kątem oka. Była piękna w tym swoim cierpieniu, taka cicha i bezbronna, jakby się pogodziła, że już nic dobrego nie może jej spotkać w życiu. Myślałem o imprezie, na której do tego doszło, o jej słowach które zadały mi ból którego nie mogłem zapomnieć. Ale ból ten  stępił się z czasem, byłem gotowy uznać, że powiedziała to pod wpływem chwilowego wzburzenia, byłem gotowy zapomnieć.

Wypiję to piwo i przysiądę się do niej, zdecydowałem. Rozpoczęły się wiadomości, trwała wojna w Jugosławii, w Europie toczyły się prawdziwe działania wojenne, trudno było uwierzyć. Nie rozumiałem wojny, nie znałem stanu psychicznego wywołanego bliskim zabijaniem na wielką skalę, życia w nieustannym stresie. Patrzyłem dość obojętnie w ekran, zmasakrowanae ciała zabitych ludzi wyglądały podobnie jak te z filmów fabularnych.

W pewnej chwili pokazano urywek dokumentalnego filmu francuskiego, młody, smutny  chłopak wzięty do niewoli opowiadał matowym głosem o tym co robił dwa dni wcześniej w górskiej wiosce z kilkoma kolegami, żołnierzami jak on. Głos tłumacza był jednostajny, pozabawiony emocji.

Najpierw zabili kilkanaście dorosłych kobiet i starców, potem kilkoro dzieci, zostawili cztery kilkunastoletnie dziewczyny. Zabijali dźgając bagnetami, żeby się wprawić do walki wręcz, mówił, że szło im dobrze, każdy z nich zakłuł przynajmniej po trzech wieśniaków, on sam chyba z pięciu, nie pamiętał dokładnie.

Potem przyszła kolej na te nastolatki, powiązali je i zaczęli gwałcić po kolei. W ten sposób zeszła im cała noc, kiedy się męczyli zasypiali, potem któryś się budził, pili i zaczynali na nowo.

Pierwszej dziewczynie poderżnął gardło kolega, w chwili kiedy drugi jeszcze z niej nie zszedł. Mówił, że śmiali się z niego, że nie zdążył.  Potem on zgwałcił następną dziewczynę, kiedy skończył sam ją poderżnął, było mu jej trochę żal, ale  i tak musieli je wszystkie zabić.

Jedną zostawili sobie na sam koniec, przed opuszczeniem wsi zgwałcili ją wszyscy po kolei, była najładniejsza z nich wszystkich i żaden nie chciał poderżnąć jej gardła, więc on to zrobił, bo musieli się śpieszyć żeby nie wpaść w ręce żołnierzy przeciwnika.

Bezpośrednio po tej informacji podano następną, okazało się że nowy rodzaj proszku do prania jest lepszy niż stary rodzaj proszku do prania, wytłumaczono dlaczego tak jest,  nowy rodzaj proszku do prania zawierał bowiem cały szereg substancji chemicznych, którym nie opierał się żaden brud, a dodatkowo nie niszczył kolorów.

Pokazano także świecącą wstrętną dupkę niemowlaka – wtedy naprawdę zrobiło mi się niedobrze. Chciałem zmienić program, ale Agnieszka powiedziała, że za chwilę będzie teleturniej, czekała na niego.

Wyszedłem się przejść, zapadał wieczór. Poszedłem w ciemne pola i łąki, potem zanurzyłem się w mrok lasu, uznałem że życie nie jest nic warte, kogo obchodzą zgwałcone dziewczyny z poderżniętymi gardłami. Bardziej wstrząsnął mną widok obrzydliwej dupki niemowlaka w reklamie nowych cudownych pieluch które nie powodują odparzeń, niż ta cała opowieść żołnierza. Doprawdy, w porze kolacji nie powinni pokazywać takich drastycznych scen.

Usiadłem na pniaku, siedziałem długo, bez ruchu, podobnie jak siedzę nieraz na ambonie w oczekiwaniu zwierza którego chcę zabić.

Gdy minął dostatecznie długi czas i umysł mi się oczyścił, wróciłem do domu.

Agnieszka spała u córki, poszedłem sprawdzić czy równo oddycha. Potem położyłem się w naszym łóżku, wkrótce zasnąłem.

Nazajutrz pojechałem spotkać się z Michałem, powiedziałem mu o problemach z bronią. Natychmiast chciał mi zapłacić za mój karabinek z lunetą, nie przyjąłem żadnych pieniędzy, dałem mu do zrozumienia że o tym porozmawiamy jak będzie po wszystkim. Uzgodniliśmy, że to powinno się wydarzyć w niedzielę, kiedy ruch na ulicach jest niewielki. Kazałem mu stanąć w miejscu, gdzie będzie rozmawiał z Kulasem, sam udałem się na plac budowy żeby zobaczyć, czy będę miał dobrą widoczność. Klocki zaczynały się układać w jedną całość, coraz bardziej się oswajałem z tym planem, odczuwałem lekkie podniecenie na myśl, że mógłbym to zrobić. Gdym wrócił do Michała, spojrzałem na niego jak na przyszłego trupa, widziałem że zaczyna żywić do mnie coraz większy respekt. Bawiło mnie to, z drugiej strony niepokoiłem się, co będzie jeśli nic z tego nie wyjdzie.

Uzgodniliśmy, że dam mu znać, kiedy ostatecznie podejmę decyzję. Postanowiliśmy ograniczyć nasze spotkania, kiedy to omawialiśmy, do jego kantoru wszedł Kulas. Obrzucił mnie pogarliwym spojrzeniem, przywitał się z Michałem traktując mnie jak powietrze. Nigdy nie widziałem jego twarzy z tak bliska.

– Wyjdź, kolego – rzekł wskazując mi głową kierunek na drzwi.

Michał milczał, podniosłem się, popatrzyłem mu prosto w twarz. Kiwnąłem głową i uśmiechnąłem się przepraszająco, już mnie tu nie ma.

Na zewnątrz czekał na niego ten drugi, sprawiał wrażenie pewniaka, rozglądał się po deptaku, chyba nawet mnie nie zauważył.

Gdy Kulas wyszedł, wróciłem do kantoru, Michał zaczął mnie przepraszać.

– Dajże spokój – przerwałem mu. – Czym ty się przejmujesz?

Potem coś mi przyszło do głowy. – Gdzie on właściwie mieszka, ten Kulas?- spytałem.

– Dlaczego chcesz wiedzieć? – Michał spojrzał na mnie podejrzliwie.

– Chcę i już – odrzekłem z naciskiem. Już wtedy bał się mnie, czułem to przez skórę i sprawiało mi to niejaką przyjemność. Był większym tchórzem niż ja.

Poszedł do samochodu po mapę województwa, pokazał mi wieś w Górach Świętokrzyskich i powiedział, że nie pomylę jego chałupy z żadną inną. Miała to być nowa rezydencja na końcu zabudowań, przy lesie.

– Mieszka tam z matką, starą ale bardzo żywotną kobietą – wyjaśnił Michał.

– A samochód, który to jego?

Michał wyszedł przed kantor, po chwili wrócił.

– To ciemne BMW, stoi czwarte od prawej, przy Sienkiewicza. Uważaj na siebie, Marcin – dorzucił troskliwie.

Tego samego dnia pojechałem swoją Daczką do wsi Kulasa, przejechałem przez nią raz tylko, rezydencja faktycznie była wspaniała, ogrodzona wysokim parkanem z przęsłami wymurowanymi w łuki. Trzeba być bardzo głupim, żeby kazać coś takiego wybudować dla siebie, pomyślałem. Potem wróciłem tą samą drogą.

Następnego dnia wstałem do dnia i zabrawszy ze sobą swój karabinek 5,6 mm poszedłem na spotkanie z koziołkiem, ukryłem się za grubą sosną i czekałem aż wyjdzie. Był punktualny, pojawił się w odległości około siedemdziesięciu metrów, żerował spokojnie. Poczekałem aż nieco się zbliży, kiedy podniósł łeb i przeżuwał w spokoju, strzeliłem mu prosto w czaszkę, tuż pod ucho. Zwalił się cicho, strzał też był cichy. Odliczyłem krokami dystans, pięćdziesiąt  osiem metrowych kroków. Odczekałem czy nikt się nie pojawi, potem zabrałem go w krzaki i załadowałem do worka jutowego i wyniosłem na kraj szosy, ukryłem w zaroślach i poszedłem po samochód.

W domu obejrzałem miejsce gdzie uderzyła kula. Znajdowało się dokladnie tam, gdzie celowałem. Uznałem, że wszystko jest gotowe.

Później pojechałem raz jeszcze tą drogą prowadzącą do wsi Kulasa, coś mnie na nią ciągnęło. Jeździłem dwa razy w tę i z powrotem, po prawie trzydzieści kilometrów w jedną stronę.

Agnieszka zapowiedziała, że nie wróci na noc, miała coś do obgadania z Krystyną i powiedziała, że może im zejść do późna, a wtedy nie będzie miał jej kto odwieźć.

– Pieprzycie się?- zapytałem.

– Jesteś głupi – odpowiedziała.

Po jakimś czasie odezwała się jednak.

– A chciałbyś?

– Co?

– Żebyśmy to robiły ze sobą?

– I tak to robicie – odrzekłem.

Popatrzyła na mnie, wydęła usta i uśmiechnęła się dziwnie.

– Tak myślisz?

– Jestem o tym przekonany – skłamałem. Podniecała mnie ta rozmowa, nie chciałem jej kończyć.

– A chciałbyś wziąć w tym udział?

– Jakbyście mi zaproponowały?

Odwróciła się, zaczęła szykować sobie kanapki.

– Chcesz, żebym zrobiła też dla ciebie?

– Nie – odrzekłem i skłamałem ponownie: – Jadłem na mieście.  Wyjeżdzam teraz, wrócę wieczorem.

– Dasz mi trochę pieniędzy?

– Jasne. Powiedz tylko ile?

– Chciałabym kupić sobie jakieś kosmetyki, wszystko mi się pokończyło. Nie mamy też szamponów, nawet papier toaletowy…

– Kup wszystko co potrzeba – przerwałem jej. Rzuciłem na stół dwieście złotych. – Jak wrócisz jutro do domu?

– Nie wiem, może Krystyna mnie odwiezie. Nie musisz troszczyć się o mnie.

Do miasta pojechała autobusem, zaraz potem ja wyjechałem, ciągnęło mnie znowu do wsi Kulasa. Wcześniej jednak pojechałem do miasta przyjrzeć się jego BMW. Zaparkowałem w miejscu skąd miałem dobry widok i czekałem. Nie wiedziałem jeszcze na co czekam, pomyślałem, że powiniennem był zabrać lornetkę i aparat fotograficzny. Było około piątej, gdy przy aucie pojawił się Kulas z tym kareteką jako ochroniarzem. Chwilę z kimś rozmawiali, potem wsiedli obaj do samochodu, Kulas na miejscu pasażera. Ruszyłem za nimi, w ruchu miejskim nie miałem kłopotów trzymać się ich w pobliżu. Kierowali się na drogę wyjazdową do Sandomierza, tę która prowadziła do domu Kulasa. Tam już nie miałem żadnych szans, BMW odeszło jakbym zatrzymal się w miejscu, popędzili szaleńczo przed siebie.

Wróciłem na ranczo, oskurowałem kozła i odbiłem łeb, potem go wyrzuciłem, kula robila czaszkę tak, że nie nadawał się na ścianę. Podzieliłem mięso i powkładałem porcjami w worki plastikowe, potem wrzuciłem do zamrażarki, w tym celu podłączyłem ją ponownie do prądu.

Spędziłem wieczór sam ze sobą, oglądąłem telewizję przejrzałem trochę prasy, wieści z Jugosławi były nieciekawe, groziło to wszystko konfliktem na większą skalę. Ale co mnie to obchodziło, nie miałem wpływu na to co się tam dzialo, pomyślałem tylko, że mógłbym pojechać w rejon walk i zobaczyć wreszcie jak ludzie się zabijają na wojnie.

Potem pokazali kolejną reklamę proszku do prania, jakieś dwie koszmarne kobiety przekonywały się nawzajem który jest lepszy, przypomniałem sobie te gwałcone dziewczyny którym chłopaki podrzynali gardła po seksualnym wykorzystaniu ich ciał. Gdybym miał karabin i był  przy tym, pozabijałbym ich wszystkich, pomyślałem. Z czystym sumieniem i przyjemnością.

Potem piłem piwo i już tylko zastanawiałem się jak to najlepiej zrobić.

W nocy obudził mnie dzwonek telefonu, poznałem w słuchawce głos mojego skarba, była pijana. Spytała, czy mam ochotę pogadać z Krystyną. Słyszałem w tle muzykę, czyjeś głosy. Krystyna powiedziała mi tyko cześć i spytała jak się czuję. Odrzekłem, że jak przykładny jeleń i ryknąłem do słuchawki. Potem znowu mówiła Agnieszka, nie rozumiałem jej dobrze. Spytała czy chciałbym być z nimi, odrzekłem, że chce mi się spać i tylko o tym marzę w owej chwili.  W tle odezwał się męski głos, prędko ucichł. Odłożyłem słuchawkę, położyłem się spać i szybko zasnąłem.

Wstałem wcześnie, zrobiłem sobie śniadanie z kilku bułeczek z twarożkiem i margaryną, wypiłem kubek mocnej kawy z mlekiem. Załadowałem do skrytki aparat fotograficzny, lornetkę i na koniec zabrałem dyktafon, na spotkanie z Michałem. Zadzwoniłem do niego, powiedziałem, że sprawa jest bardzo pilna i umówiliśmy się na dwunastą trzydzieści na parkingu przed sklepem z drzewkami ozdobnymi, tam zawsze było dużo wolnego miejsca.

Najpierw pojechałem do wsi Kulasa, zaczynałem się obawiać, że ktoś wreszcie zwróci uwagę na moje auto, postanowiłem nie wjeżdżać więcej pomiędzy zabudowania.

Po ujechaniu prawie dwudziestu kilometrów od miasta zjechałem z głównej drogi w podrzędną, prowadzącą wprost do Huciska, tej wsi. Przez prawie pięć następnych kilometrów jechałem przez góry, rozglądałem się uważnie. W pewnym miejscu droga długo pięła się przez wieś na szczyt wzniesienia, z drugiej strony zjeżdżało się stromym, prostym, prawie pięćsetmetrowym odcinkiem kończącym się ostrym zakrętem w lewo, niemal pod kątem prostym. Było tam ograniczenie prędkości do 40 km/godz, zwolniłem więc i brałem powoli zakręt, i nawet przy tak małej prędkości poczułem znoszenie w prawo, szosa była źle wyprofilowana, samochód wyrzucało na zewnątrz, na pobocze za którym znajdowało się strome urwisko.

Dalej był piękny widok na wysoką górę porośniętą gęstym lasem, przed nią była dolina a w niej stało kilka chłopskich zagród.

Dostrzegłem to wszystko w ciągu ułamka sekundy, prawie nie odrywając oczu od jezdni. Gdym zjechał na dół, zawróciłem w bezpiecznym miejscu i wróciłem na ten zakręt, teraz miałem urwisko po lewej, a z prawej strome zbocze, z gęstym lasem schodzącym prawie na asfalt. Wjechałem w pierwszą leśną drogę, jakieś sto metrów wyżej i tam zostawiłem samochód, był niewidoczny z drogi.

Zabrałem ze sobą lornetkę i poszedłem na zakręt, wszystko co go zabezpieczało to były gęsto nawtykane w ziemię betonowe słupki wymalowane wyblakłą farbą w biało-czerwone paski.

Całe urwisko miało ze dwieście metrów długości, najpierw opadało bardzo stromą przepaścią ze czterdzieści metrów w dół, potem załamywało się na lini starych olch i ciągnąło dalej, na samo dno doliny. W dole, między ciągnącymi się wężykiem zaroślami przecinającymi łąki, widać było strugę niedużego strumienia.

Zszedłem kilka kroków z jezdni i usiadłem na ziemi w miejscu gdzie stromizna była zbyt duża by się utrzymać na prostych nogach. Siedziałem tam z pół godziny, w tym czasie szosą nade mną przejechał jeden samochód, odruchowo pochyliłem głowę, bałem się że go wyrzuci z zakrętu i poleci w dół jak kopnięta piłka.

Zlornetkowałem dokładnie cały teren, była to piękna okolica, cudowne miejsce do zamieszkania. Nie jakaś pieprzona, brudna, hałaśliwa wieś, pełna pijanych chłopów, wrzaskliwych bab i nabuzowanej hormonami młodzieży nie mającej co zrobić ze sobą. Gdybym miał pieniądze, wybudowałbym dom właśnie gdzieś w takim miejscu, a nie we wsi Hucisko.

Po półgodzinnym oglądaniu krajobrazów wróciłem do samochodu, wyjąłem ze skrytki aparat fotograficzny i zrobiłem dwa zdjęcia tego zakrętu z odległości jakichś trzydziestu metrów. Były to dwa ostatnie zdjęcia na kliszy, aparat zwinął ją do pojemnika.

Miałem na sobie sztruksową kamizelkę, z wieloma użytecznym kieszonkami dla wędkarza czy myśliwego. Nosiłem w niej zawsze mnóstwo drobiazgów, takich jak kompas, sznurki, scyzoryk, bandaż, plastikowe torby, uniwersalny klucz ze szczypcami, co tylko mogło się przydać w lesie. Kiedy wyjeżdżałem do lasu, nie musiałem się zastanawiać co jeszcze zabrać, wystarczyło, że narzuciłem na siebie tę kamizelkę i miałem co trzeba.

Teraz opróżniłem lewą wierzchnią kieszeń na piersi i umieściłem w niej dyktafon, wcześniej ustawiłem na nagrywanie i sprawdziłem jak działa. W czasie jazdy gadałem sam do siebie z różnym natężeniem głosu, potem odtwarzałem żeby sprawdzić jaka jest jakość. Uznałem, że jest bardzo dobrze, przewinąłem taśmę na początek i wcisnąłem klawisze do nagrywania, zatrzymałem taśmę przesuwając przełącznik w położenie pauza. Od tej chwili przesunięcie go w drugą pozycję uruchamiało mechanizm, nie musiałem wciskać naraz dwóch klawiszy.

O dwunastej trzydzieści czekałem na Michała w umówionym miejscu. Spóźnił się tym razem prawie piętnaście minut, ogromnie mnie przepraszał, był ogromnie podniecony.

– No i co? No i co, Marcinku?

Spodobał mi się ten Marcinek w jego ustach, pokiwałem głową pokrzepiająco i włączyłem dyktafon.

Nasza rozmowa przebiegała tak:

– Słuchaj – odezwałem się pierwszy – mam kłopoty z Agnieszką, podobno nocowała wczoraj u was?

Zmieszał się i odwrócił głowę.

– Marcin – powiedział do podniesionej szybki – ja się nie chcę mieszać w wasze sprawy. Sam wiesz jak to jest…

– No dobra, ale nocowała wczoraj u was?

– Wiem, że przyjechała z Krychą przed północą, potem jeszcze gdzieś wyjeżdżały, poszedłem spać. Nie wiem co się działo po tym.

– W porządku, dzięki Michał.

– Wiesz, ja nie chcę…

– Jasne, rozumiem cię. Nie gadajmy więcej o tym. Przejdźmy do naszych interesów.

– No właśnie – natychmiast się podniecił, głos stał się przymilny, usłużny, patrzył tak na mnie, że nabrałem natychmiast absolutnej pewności iż nie mam na świecie większego niż on przyjaciela. – No właśnie, wymyśliłeś coś, Marcinku?

– Tak. Zrobimy to w następną niedzielę.

Odetchnął z ulgą, widziałem że ta zwłoka była mu potrzebna by się pozbierać i przyzwyczaić.

– Cudownie, Marcin. Wszystko przemyślałeś?

– Dokładnie, w najdrobniejszych szczegółach. Myślę, że spotkamy się raz jeszcze, w poniedziałek u notariusza. Załatwimy do końca sprawę sprzedaży, wypłacisz mi pieniądze i będę miał czas pozałatwiać swoje sprawy z bankiem.

– Dobrze, Marcin, dobrze. Ale posłuchaj, gdybyś chciał wszystko przełożyć na inny termin…

– Dlaczego chciałbym chcieć?

– Nie wiem, właściwie. Wiedz tylko, że mogę się dostosować do innego terminu.

– Nie, załatwmy to w poniedziałek, muszę się rozliczyć z Agnieszką, ona też chce wiedzieć na czym stoi.

– Jasne, jasne. Załatwione, w poniedziałek.

– No to byłoby wszystko, nie?

Siedzieliśmy jakiś czas w milczeniu, panowało między nami pełne zrozumienie, wytworzyła się głęboka więź, zostaliśmy kumplami na śmierć i życie. Słońce stało wysoko na bezchmurnym niebie, ludzie kręcili się po parkingu, ładowali rozmaite drzewka i krzewy do bagażników aut, pulsowało życie.

Słyszałem cichy szum przewijającej się taśmy, szum narastał, stawał się coraz głośniejszy, odezwałem się głosem pogodnym jak niebo nad nami.

– Michał, który właściwie poderżnął gardło tej dziewczynie?

Położył dłonie na kierownicy, mięśnie twarzy zaczęły mu drżeć, ściągnął usta żeby to opanować.

– Rudolf – powiedział przed siebie, jakby mówił do ducha który mu się objawił na przedniej szybie. – Najpierw odciął jej pierś, przystawił do ust, ssał sutek… Potem podsunął Kulasowi, ten nie chciał, cały czas ją walił. Potem Rudolf ją poderżnął, Kulas…

– Wystarczy – położyłem mu dłoń na ramieniu, uspokoił się trochę.

– Marcin, uwierz mi…

– Wiem, wiem, stary. Ty tego nie chciałeś. Tak czy owak do poniedziałku, zadzwonię na wszelki wypadek.

Odjechałem stamtąd przed nim, zostawiłem go w samochodzie, wyglądało na to, że chce sobie pobyć jakiś czas sam na sam ze sobą. Sprawdziłem nagranie, jakość była całkiem niezła.

Pojechałem do sklepu myśliwskiego, kupiłem pudełko ciężkiej czeskiej amunicji 30-06 do sztucera, 11,7 grama. Innej nie używałem, ta była dla mnie najlepsza, zabijałem z niej kozły, dziki i byki jelenie na dwieście metrów. Była także wystarczająco mocna by powalić dorosłego łosia, ale do tamtej pory nie zabiłem jeszcze żadnego. W sklepie pożartowałem ze sprzedawcą, spotkałem tam również kilku znajomych myśliwych, poopowiadaliśmy sobie trochę starych i nowych dowcipów, uśmieliśmy się nieżle, cały sklep dudnił. Sprzedawca mówił wszystkim, że jestem zakochany w czeskiej amunicji 30-06, a ja opowiedziałem kolejny raz przy nim, jak to w Warszawie u Szustera obraziliśmy z innym przyjacielem myśliwym sławną na cały świat firmę, pytając o tę właśnie amunicję. Sprzedawca, wyfrakowany dupek, skrzywił się jakbyśmy nagle zasmrodzili mu sklep. Rzekł: – Panowie z tego strzelacie? Da się z tego coś zabić?

Gdy wróciłem, Agnieszka odsypiała noc, nie budziłem jej więc. Odchyliłem kołdrę, była naga, jej piersiątka również byłu pogrążone we śnie, miałem ochotę possać różowe sutki, ale nie chciałem przerywać jej wypoczynku.

To wówczas podjąłem ostateczną decyzję, wiedziałem już jak to zrobię. Zabrałem sztucer, miałem zamiar przestrzelać go na strzelnicy, ale huk wystrzałów mógły obudzić moją żonę. Poszedłem więc na długi spacer do lasu, żeby sobie wszystko dokładnie poukładać w głowie.

W czasie kolacji wyjaśniłem jej na co możemy liczyć, położyłem nacisk na fakt, że nie musimy wynosić się na razie z rancza.

Powiedziała mi, że Krystyna obiecała jej pracę w jednym ze swoich sklepów, miała przyuczyć się do obsługi komputera a potem prowadzić rozliczenia sprzedaży i kasy. Nie podobał mi się  ten pomysł, ale nie miałem jej nic lepszego do zaoferowania. Kiedy się pobieraliśmy, byłem pewny że moja żona nie będzie musiała pracować jako najemny robotnik.

W nocy z soboty na niedzielę Agnieszka nie wróciła do domu. Około drugiej zadzwoniłem do Krystyny, była wystraszona i nie wiedziała co się stało. Coś ukrywała przede mną, powiedziałem że za godzinę będę u nich.  Coś mnie pchało żeby tam jechać, byłem absolutnie zdeterminowany. Na miejscu zastałem ich dwoje, wyglądali na niewyspanych i zatroskanych sytuacją.

Zapytałem Krystynę wprost, czy może wiedzieć gdzie jest Agnieszka. Odwróciła głowę, Michał także unikał mojego spojrzenia.

– To i tak się wyda – powiedziałem. – A wiem, że ukrywacie przede mną jej romans. Póki jednak jesteśmy razem, muszę wiedzieć co się dzieje wokół mnie.

– Powiedz mu – rzekł Michał do Krystyny i wyszedł z salonu.

Krystyna podeszła do barku i nalała brandy do dwóch szklanek, podała mi jedną. Nie chciałem jednak pić, uśmiechnąłem się do niej pokrzepiająco.

– Nie zemdleję ci tutaj, nie obawiaj się.

Westchnąła głęboko, powoli wypuściła powietrze i rzekła z udręką w głosie: – To Rudy.

Spodziewałem się tego, więc nie poczułem jakiegoś szczególnego wzburzenia, a tylko wielki smutek. Łyknąłem jednak sobie, potem rzekłem do Krystyny:

– Dziękuję ci. Czy to prawda, że dajesz pracę Agnieszce?

-A co ci powiedziała?

Powiedziałem jej co mi powiedziała.

– Tak,  to prawda – pokiwała głową.

– Dlaczego to robisz?

– Dlaczego? Boże, ona jest taka biedna. Marcin, Aga to bardzo przeżywa, ty może o tym nie wiesz nawet.

Dopiłem do końca, roześmiałem się.

– Właśnie się dowiedziałem, jak bardzo to przeżywa – powiedziałem.

Zamierzałem pożegnać się z nimi i wrócić na ranczo, gdy odezwał się telefon. Krystyna podniosła słuchawkę:

– Tak…. tak… Boże, gdzie?  Chryste Panie, Aga…. Skąd dzwonisz? …Tak, jest tutaj, dać ci go? Dobrze,  jeśli tak chcesz….. Dobrze, powiem mu. No, cześć.

Odłożyła telefon, była szara na twarzy. Patrzyła na mnie ze zgrozą w oczach. Nagle wybuchnęła płaczem,  objąłem ją, rozdygotaną, nieszczęśliwą.

– Nie płacz, powiedz. Po prostu powiedz.

W drzwiach stanął Michał, z miną posępną jak czarna noc na cmentarzu.

– Byłem na linii – powiedział sucho. – Aga dzwoniła ze szpitala, mieli wypadek. Rudy prowadził po pijanemu.

– Stało się jej coś?

– Nie martw się, wyszła z tego bez obrażeń.

– A on?

– Z nim jest podobno niedobrze – rzekł, kręcąc głową z niedowierzaniem.

– Nie chciała ze mną rozmawiać…? – ni to stwierdziłem, ni zapytałem.

– Powiedziała, że jutro wyjaśni ci wszystko.

– Dzięki wam, stokrotne dzięki.

Michał przytrzymał mnie w drzwiach. Głos mu drżał, kiedy spytał:

– Gdzie pojedziesz, Marcin?

– Jak to: Gdzie? Do domu.

Wahał się, więc dodałem: – Chyba nie musimy niczego zmieniać w naszych planach?

– No, nie -odrzekł z ociąganiem. – W poniedziałek u notariusza, tak?

– Tak, ja nie zmieniłem zdania.

– Ja też nie – rzekł z widoczną ulgą.

Pojechałem od nich do najbliższego szpitala zapytać gdzie mają ostry dyżur tej nocy. Okazało się, że jest to szpital Krystiana Molla, pojechałem na nocna pocztę i stamtąd zadzwoniłem. Dowiedziałem się, że Krystian właśnie operuje pacjenta, miał być wolny za jakąś godzinę. Udałem się więc na ranczo i przygotowałem dyktafon, uznałem, że dobrze będzie mieć to i owo na taśmie. Potem raz jeszcze zadzwoniłem do tego szpitala, Krystian był wolny, wolałem niczego nie omawiać przez telefon więc spytałem go tylko o Agnieszkę. Powiedział, że widział się z nią, jest cała i zdrowa i że odjechała kilkanaście minut wcześniej. Zapytałem, czy mogę przyjechać, tonem z którego wyczytałem że wie już wszystko, powiedział że jasne.

Na początek spytałem go czy gość żyje. Odrzekł, że tak, ale…

– Co: ale?

– Chcesz wiedzieć jak jest?

– Krystian, ja muszę wiedzieć.

– Ma rozwaloną wątrobę…- Wydął usta. – Daję mu trzy, może cztery godziny, nic tutaj już nie da się zrobić.

– Agnieszka wie o tym?

– No coś ty,  żeby się rzuciła pod pociąg? Jezu, przepraszam cię, Marcin…

– Nie musisz mi współczuć, o’key. Powiedz mi, czy ten gość jest przytomny?

– Chciałbyś z nim sobie pogadać?

– Tak, zrób to dla mnie. Kilka słów, dobrze stary?

Przyglądał mi się, jakby sprawdzał moje intencje.

– Kurwa, przecież i tak się kończy, nie będę mu zabierał ostatnich chwil. Po co miałbym to robić?

Pokiwał głową na zgodę i zaprowadził mnie do izolatki. Po drodze włączyłem dyktafon.  Rudy nie wyglądał na poważnie rannego, miał lekko obandażowaną głowę, poruszał rękami i był okryty prześcieradłem. Otwartymi szeroko oczami wpatrywał się w sufit.

– Cześć – powiedziałem, nachylając się nad nim.

Obrócił głowę, poznał mnie, wykrzywił ironicznie usta. Wreszcie był najbardziej naturalnym, dzielnym i porządnym facetem jakiego widziałem w życiu.

– Pięć minut – Krystian położył mi rękę na ramieniu.

– W porządku, doktorze – odpowiedziałem.

Zostaliśmy sami.

– Co zrobić? – z filozoficznym spokojem wystękał Rudy.

– Nie mam do ciebie pretensji, stary – powiedziałem.

– Tak się stało…

– Ano, tak się stało. Jak się czujesz?

– Niby w porządku, nic nie boli. Dali mi proszki, powiedzieli że jutro będzie wiadomo coś pewniejszego.

Opuściłem głowę, zauważył to.

– Doktor ci powiedział, co? – spytał suchym głosem.

– Nic nie mówił takiego…

Żałowałem, że nie wyszedłem wcześniej. Teraz mogłem tylko milczeć. I on to zrozumiał w ostatniej chwili, zaszkliły mu się oczy.

– Marcin, usiądź – rzekł głosem tak cichym, że go ledwie słyszałem.

Przysiadłem na taborecie obok  łóżka, nachyliłem się do jego twarzy. Poruszył dłonią, ująłem ją, uścisnął mnie lekko. Chyba się trochę pozbierał, może tłukła się w nim jeszcze nadzieja.

– Marcin – rzekł głośniej – nie rób tego.

– Czego mam nie robić?

– Dopóki nie wyzdrowieję, nie rób tego.

– O czym ty mówisz, człowieku?

Sądziłem, że majaczy, albo bierze mnie za kogoś innego.

– Nie załatwiaj Kulasa – rzekł z naciskiem. – Dopóki nie wyzdrowieję, nie rób tego. Michał mnie wyrucha… Jeśli zrobisz to teraz, on zgarnie całą forsę. Nie dostanę nic z tego .

– Kurwa, Rudy, o co tu chodzi?

Spojrzał w stronę dzwi, byliśmy wciąż sami.

– Miałeś załatwić Kulasa, no nie?

– Tak – rzekłem, bo przecież już wiedział.

– Widzisz, ja wiem o wszystkim. Nie rób tego, dopóki ja tutaj leżę.

– Dlaczego?

– Bo to Michał ma całą forsę, te sto tysięcy baksów które pożyczył mu Kulas, ma tylko on. Ty z tego miałeś dostać dwadzieścia, za robotę, prawda?

Nic nie odpowiedziałem, skinąłem tylko głową.

– No więc dopóki nie wyjdę stąd, on będzie miał całą resztę. Tobie może wypłaci, bo już podobno zapłacił ci trochę, to prawda?

Znowu skinąłem.

– Posłuchaj, jaki bym nie był… Z mojej doli, te czterdzieści, miałem pomóc Agnieszce rozkręcić jej własny interes, sklep z kosmetykami… Nie rozmawialiście o tym?

– Ona wie?

– O czym?

– O mnie i Kulasie.

– Nie, tego jej nie mogłem powiedzieć, coś ty. Miałem mieć forsę, to wszystko co wie.

Uścisnąłem mu dłoń, zdawało mi się że słabnie z każdą sekundą. Jakś melodia grała w mej głowie, ale może to tylko szumiała taśma w dyktafonie.

Zajrzał Krystian, spojrzał na mnie pytająco.

Pochyliłem się nad Rudym,  pocałowałem go w policzek.

– Dzięki ci, Adam – powiedziałem. – Nie zrobię tego, dopóki tu leżysz.

Patrzył mi w oczy, czekał na słowa pocieszenia.

Mrugnąłem.- Wyjdziesz z tego, zobaczysz.

Nic innego nie przyszło mi na myśl, podniosłem dłoń na pożegnanie. Cicho jak duch weszła do sali pielęgniarka, ominęła mnie i nachyliła się nad leżącym mężczyzną. Przetarła mu watką miejsce na ramieniu do zrobienia zastrzyku, patrzył na nią, więc wycofałem się i Krystian odprowadził mnie do drzwi wyjściowych.

– No i jak? – spytał.

– Cholera jasna – odpowiedziałem tylko.

Wróciłem na ranczo i następne trzy godziny przesiedziałem w fotelu. Gdy zadzwonił telefon, wydało mi się, że wyrwał mnie z głębokiego snu. Dzwoniła Krystyna.

– Marcin, Agnieszka jest u nas – powiedziała na wstępie.

– Wiem – odparłem.

– Skąd wiesz?

Zamilkłem, więc po chwili znowu się odezwała:

– Marcin, jesteś tam jeszcze?

– Jasne. Czekam aż mi wreszcie powiesz coś czego nie wiem.

– Nie denerwuj się proszę… Powinienneś tu chyba przyjechać do niej.

– Dlaczego?

– Przed chwilą dowiedziała się, że Rudy nie żyje.

Mimo, że byłem tego pewny, że wiedziałem iż nie ma ludzkiej siły by temu zapobiec, usiadłem na krześle przy stole.

– Co ona robi? – spytałem wreszcie.

– Chyba płacze… Trzęsie się bardzo, nie można z nią nawiązać kontaktu. Michał jest przy niej.

– Dajcie jej coś na uspokojenie. Czy ona chce, żebym przyjechał?

– Nie wiem, Marcin. Jesteś jej mężem….

– To wiem, nie mów mi kim jestem, Krysiu.

– Och, Marcin – zaczęła łkać – błągam cię, zrób coś. Ona naprawdę może zrobić sobie coś niedobrego… Macie córkę – szlochała.

– Właśnie, i to jej powiedz – wycedziłem w słuchawkę. Potem dodałem, łagodniej: – Krysiu, proszę cię, zrób to dla mnie. Idź teraz do niej, obejmij ją, niech poczuje że ma kogoś, rozumiesz? Obejmij ją, przytul i wytłumacz…. Słuchasz mnie?

– Tak, słucham cię, Marcin – szlochała.

– A rozumiesz?

– Wszystko rozumiem…

– Więc proszę cię, zrób to dla mnie. Bardzo cię proszę.

– Przyjedziesz?

– Nie.

– Boże, dlaczego ty jesteś taki…?

– Krysiu, posłuchaj: Za kilka godzin ona przyjdzie do siebie. Ja jestem teraz ostatnią osobą, która jej może pomóc. Nic gorszego już by się nie mogło przydarzyć jej w tej chwili, niż widok mojej osoby. Więc proszę cię, zrób jak mówię, dobrze?

Przez następne kilka minut slyszałem słabnący szloch w słuchawce. Wreszcie Krystyna odezwała się:

– Dobrze, Marcin.

– Dziękuję ci.

– Chcesz porozmawiać z Michałem?

– Później z nim porozmawiam. Niech to wszystko się trochę przewali.

Odłożyłem słuchawkę i położyłem przed sobą dyktafon. Nie miałem dość sił, by go włączyć, patrzyłem tylko. Przez plastikowe okienko w pokrywie widać było nagraną kasetę.

Coś zjadłem, potem znowu siedziałem, nie myśląc o niczym. Krystyna przywiozła Agnieszkę około drugiej po południu, moja żona zabrała trochę swoich rzeczy w torbę podróżną i wyniosła do auta. Nie rozmawialiśmy ze sobą, obserwowałem jej krzątaninę z fotela na którym spędzałem życie. Krystyna czekała na zewnątrz, gdy już były gotowe do odjazdu, Agnieszka stanęła w drzwiach.

– Wyjeżdżam, Marcin. Więcej do ciebie nie wrócę. Masz dla mnie jakieś pieniądze?

– Tak. Gdzie wyjeżdżasz?

– Do rodziców. Będę z Moniką.

Dałem jej dwadzieścia tysięcy, resztę obiecałem przesłać kiedy tylko ureguluję sprawy bankowe. Rozejrzała się po domu.

– Zostaniesz tutaj? – spytała.

– Nie wiem, co teraz zrobię – odrzekłem.

Nazajutrz Michał nie miał dla mnie całej wymaganej umową gotówki, odmówiłem więc podpisania aktu notarialnego, bardzo się tłumaczył i przepraszał.  Miał się odezwać kiedy zgromadzi forsę, ja miałem się odezwać, gdybym coś zmienił w swoich planach.

– Na razie niczego mam zamiaru zmieniać –  powiedziałem, po czym rozstaliśmy się w napięciu.

W środę przed wieczorem, na ostrym zakręcie drogi prowadzącej do wsi Husisko w Górach Świętokrzyskich, wydarzył się wypadek samochodowy, w którym poniosło śmierć dwóch mężczyzn. Policja w komunikacie podała, że najprawdopodobniejszą przyczyną wypadku była nadmierna prędkość pojazdu, a dochodzenie jest w toku.

Michał oszalał ze szczęścia, wyściskał mnie i miał łzy w oczach.

– Rany boskie – nalewał mi wódki – los nam sprzyja. Marcin, wiesz, naprawdę to bałem się bardzo o ciebie. Przecież, jak się tak zastanowić…

– Masz dla mnie pieniądze? – przerwałem mu bez entuzjazmu.

– Jakie pieniądze? – na chwilę zapadł się w sobie, potem rozweselił na nowo. – Ach, oczywiście, pieniądze za twoją farmę… Tak, tak, ale teraz nie musimy się przecież śpieszyć…

– Dlaczego? – spytałem,

– No wiesz…

– Michał, bank nie wstrzyma egzekucji wyroku przez ten wypadek.

– No tak, jasne… Cholera, wolałbym odłożyć to jednak.

– Przecież wziąłem zaliczkę, nie?

– Tak… Nie masz już tych pieniędzy?

Podniosłem się i spojrzałem mu w oczy, latały na boki jakby były nakręcone na gumkach.

– Nie pij więcej, Michał. Przejedziemy się trochę.

– Co ty, gdzie chcesz jechać?

– Weź swoje auto, bo moim nie będzie tak wygodnie.

Parsknął śmiechem. – Coś ty wymyślił?

– Michał, chcesz żyć? – rzekłem głosem tak ponurym, że tylko gorzej byłoby dla niego usłyszeć wyrok śmierci na własne życie.

Wtedy dopiero poszarzał i usta zaczęły mu drżeć. To mi się spodobało.

Kazałem mu jechać drogą wylotową na Sandomierz, potem skręcić w miejscu, gdzie drogowskaz pokazywał na wieś Hucisko. Był cholernie zdenerwowany, kilka razy skrzynia biegów zazgrzytała boleśnie. Pokazałem mu boczną leśną drogę i powiedziałem, by wjechał w nią. Przejął się ogromnie, nie mógł wrzucić jedynki.

– Nie bój się – uspokajałem go. – Chcę żebyś coś zobaczył.

Poszliśmy potem na zakręt,  pierwszy raz po wypadku byłem w tym miejscu. Nic właściwie się nie zmieniło, znikło  tylko kilka betonowych słupków, jeden był wyłamany, sterczał pochylony nad urwiskiem.

– Wiesz gdzie jesteśmy? – spytałem.

– Nie. Jak Boga kocham, co to jest Marcin?

– No to musimy się jeszcze kawałek przejść.

Ścieżką prowadzącą wzdłuż stoku zeszliśmy na dół doliny, weszliśmy do pierwszej chłopskiej zagrody. Chłopa który wyszedł do nas poprosiłem o łyk wody, przyniósł nam szklankę i podeszliśmy do studni.

Naciągnąłem wody i dałem najpierw Michałowi się napić.

– Szukamy jakiegoś warsztatu samochodowego – wyjaśniłem chłopu. Zdjął czapkę i podrapał się po głowie. Dodałem: – zostawiliśmy auto tam w górze, zepsuło się na drodze. Przed samym tym ostrym zakrętem, psiakość.

– Ach, tam gdzie się tych dwóch zabiło…

– Jakich dwóch?

– Nie wiecie nic? Dwa dni temu auto wyleciało z szosy, zabili się jak uderzyło na dole w drzewo. Panie, przelecieli najpierw w powietrzu ze dwieście metrów, a huk był jakby wybuchła bomba…

– Coś takiego – zwróciłem się do Michała.- Nie mieliśmy pojęcia. Jacyś miejscowi?

Chłop spojrzał za nas, na odległą wieś przed górą zamykającą horyzont ze dwa kilometry dalej. Wyciągnął ramię.

– Stamtąd był jeden – pokazał. – Mówią, że gangster był jakiś.

Wróciliśmy na górę, do samochodu.

– No i co? – zwróciłem się do Michała. – Wiedziałeś, że to tutaj?

Wciąż nie mógł opanować nerwowego tiku górnej wargi, co chwilę podskakiwała mu śmiesznie. Pokręcił głową, patrzył na dół, w przepaść.

– A ja wiedziałem – rzekłem.

Spojrzał na mnie, ściągnął usta, nie mógł wydusić słowa.

Z kieszeni kurtki wyjąłem zdjęcie. – Popatrz –  pokazałem mu je w sposób, w  jaki pokazuje się komuś fotografię z wakacji. -Tak wyglądało to miejsce parę dni temu.

Przy samochodzie poprosiłem, by mi oddał kluczyki.

– Jesteś trochę roztrzęsiony – wytłumaczyłem mu. – Szkoda byłoby się rozbić jak tamci.

W zamian wcisnąłem mu fotografię w rękę, żeby sobie dobrze popatrzył, kiedy będziemy przejeżdżać zakręt.

Milczał, aż zatrzymałem się pod jego domem.

– Co teraz będzie, Marcin? – spytał ponuro, chociaż już normalniejszym głosem.

– Nie wiem – wzruszyłem ramionami.

– Będziemy chyba musieli się jakoś rozliczyć…

– Pewnie tak. Przemyśl to sobie do jutra.

Wyciągnął do mnie rękę, uścisnąłem ją mocno.

– Do jutra? – upewnił się.

– Do jutra, Michał. Te fotografię możesz sobie zatrzymać. Ale nie pokazuj jej lepiej nikomu.

Trzymał ją wciąż w lewej dłoni, teraz prędko włożył do kieszeni, jakby go nagle zaczęła parzyć.

Dla mnie nie byl już bogatym, pewnym siebie mężczyzną sukcesu, był upokorzonym, sponiewieranym, bezradnym chłopcem.

W następnych  dniach  dokonaliśmy zadniczych rozliczeń pomiędzy sobą. Kiedy doszedł do siebie i uznał, że nie planuję niczego przeciwko niemu, duch oszusta,  jaki rządził nim bez reszty, kazał mu walczyć o każdą złotówkę. Musiałem siegnąć do najcięższych argumentów, posłużyć się wyrafinowanym szantażem, w końcu kłamałem go tak jak on mnie kłamał, aż prawda wymieszała się z fałszem i straciłem kontrolę nad oceną moralną mych słów.

Najpierw spotkaliśmy się by uregulować sprawę sprzedaży rancza. Przyniósł całą wymaganą gotówkę i wręczył mi, krzywiąc się jednak. Zrozumialem, że trudno mu było pogodzić się ostatecznie z tą sumą, bez urwania następnych kilku tysięcy. Nie dałem mu szans, przeliczyłem pieniądze i wsadziłem do wewnętrznej kieszeni mojej kurtki, zasuwanej na zamek.

– Jesteśmu umówieni u notariusza za pół godziny – oznajmił ciężkim głosem, godząc się z porażką.

– Po co mamy jechać do jakiegoś notariusza? – spytałem, robiąc głupią minę.

– Jak to? – aż podskoczył na krześle.

– Ja nie sprzedaję niczego – powiedziałem, bawiąc się myślą,  że mam dla niego w zanadrzu kilka następnych niespodzianek.

– No, a ranczo? – ledwo łapał dech.

– Michał, nie sprzedaję żadnego rancza. Ty zerwałeś naszą umowę, miałeś mieć pieniądze w poniedziałek.

Zaczął się pocić, drętwym wzrokiem popatrzył na miejsce gdzie ulokowałem pieniądze.

– Gdybyś nalegał, załatwilibyśmy to przecież w poniedziałek.

– Nie nalegałem, boś nie miał gotówki – odrzekłem.

– No, a to? – głową pokazał na moją wypchaną pierś.

– To jest moje – wyjaśniłem mu łagodnie.

I wtedy pierwszy raz skłamałem w rozmowie z nim. Potem szło mi już łatwiej, aż nabrałem takiej wprawy, że łgałem jak ksiądz.

– Posłuchaj – rzekłem do jego ponurej miny. – W sobotę miałem kupca na ranczo, dawał mi dwieście pięćdziesiąt tysięcy, wyobrażasz sobie?

– Czemuś nie sprzedał? – zadrżała mu grdyka.

– Bo już miałem umowę z tobą. A ty ją zerwałeś w poniedziałek, straciłem kupę forsy. Więcej, niż mi do tej pory dałeś. Tak było, Michał. Wciąż jestem stratny na interesach z tobą.

Przyjął to, pewnie potraktował jak porażkę w interesach, a może tylko mniejszy niż się spodziewał zysk. Wciąż był zarobiony, otrząsnął się. Postanowiłem go więcej nie męczyć, rozstaliśmy się udając szczere zrozumienie, uzgodniliśmy że jesteśmy absolutnie kwita i nic nas więcej nie poróżni.

Nie zamierzałem mu jednak darować, myśl, że zarobionymi przez mnie pieniędzmi chciał mi zapłacić za ranczo, była bolesną zadrą na mojej dumie.

Odczekałem następne dwa dni i zadzwoniłem wieczorem do niego.

-Michał – powiedziałem – Koniecznie musimy się jeszcze raz spotkać. Popełniliśmy okropną pomyłkę w rozliczeniach, trzeba to wyprostować.

Słyszałem jego milczenie, to pewnie gotował mu się mózg pod czaszką.

– Co chcesz prostować? – usłyszałem głos trupa.

– To nie jest rozmowa na telefon. Ty wybierz miejsce spotkania, w porządku. Godzinę też, dostosuję się, mam jutro cały dzień wolny.

– Jutro nie mogę.

– Michał, to musi być jutro. Pojutrze wyjeżdżam, nie będzie mnie kilka dni, nie wiem kiedy wrócę. Jadę do Gdańska, zobaczyć się z córką i Agnieszką. Musimy to wyprostować przed moim wyjazdem, uwierz mi.

Znowu przez minutę slysząłem bąbelki z gotującej się gęstej masy

– Dobra – zdecydował. – O ósmej rano, na tym parkingu przed Agrocentrum.

Czekał już na mnie, chociaż byłem pięć minut przed czasem.

– O co chodzi? – był konkretny, stanowczy, widać było że się otrzepał ze wszystkiego. Nawet nie podał mi ręki na powitanie, nie zapmnę mu tego.

– Miałem dziwny telefon – postanowiłem przejść od razu do rzeczy.

– Jaki telefon, kto dzwonił?

– Facet. Słuchać go było jak zza grobu.

– Marcin, posłuchaj, prosiłeś, więc przyjechałem, chociaż nie mam czasu…

– Znajdziesz – mruknąłem. – Ten gość naprawdę nie żyje.

Miał zamiar uruchomić silnik, musiałem go powstrzymać – i faktycznie zastygł w bezruchu.

– O kim ty mówisz?

– O Rudym.

Dopiero w owej chwili zdałem sobie sprawę z tego co powiedziałem. Tak samo Michał, w jednym momencie pomyśleliśmy o tym samym: Rudy też zginął w wypadku samochodowym.

Gdym dojrzał już lęk w jego oczach, najpierw nacieszyłem się nim, a potem powiedziałem:

– To był prawdziwy wypadek, kolego. Znasz mnie i wiesz, że nie narażałbym Agnieszki.

Pokiwał głową, widziałem że jeszcze mi nie uwierzył. Oszust w każdym widzi oszusta, byłem więc dla niego oszustem, tyle że do tej pory nie traktował mnie zbyt poważnie.

Dalej tak mówiłem – już nie patrząc na niego, tylko na plac za siatką, zastawiony niezliczonymi ilościami młodych drzewek, krzewów i innych roślinek.

– To ty i twoja żona uświadomiliście mi, że Agnieszka ma romans z Rudym. Kiedy wydarzył się im ten wypadek, pojechałem od was prosto do szpitala, żeby się zorientować jak blisko byli ze sobą. Rudy już się kończył, ale zdążył mi powiedzieć, że mieli wspólne plany na przyszłość. Planowali mianowicie otworzyć jakiś interes, Rudy miał wyłożyć na to czterdzieści tysięcy dolarów. Tyle ile byłeś mu winien. Michał, przemyśl sobie dobrze wszystko, za dwa dni dasz mi odpowiedź. Wtedy będę wiedział, czy mam dalej w tym grzebać.

I tak go zostawiłem. Sam się ze sobą musiałem pozbierać, to była ciężka gra dla człowieka takiego jak ja, prostego i nie chcącego wadzić nikomu. Michałowi postanowiłem jednak nie odpuścić, gotowało się we mnie na samą myśl, że mógłbym.

Na te dwa dni wyjechałem naprawdę, zostawiłem na ranczo znajomego robotnika który wcześniej dla mnie pracował i pił umiarkowanie, więc miałem nadzieję, że powrocie zastanę wszystko na swoim miejscu. Pojechałem w Bieszczady, zaszyć się nad Soliną. Zabrałem se sobą sztucer i skłusowałem pięknego kozła, za którego z pewnością by mnie wyrzucono ze Związku. Nie musiałem się jednak bardzo bać, zaraz po przyjeździe pojechałem na pierwszą leśniczówkę i poznałem tam miejscowego myśliwego, który mnie podprowadzał. Wieczorami piliśmy do późnej nocy, w sumie przesiedziałem tam cztery piękne dni i wcale nie miałem ochoty wracać.

Gdy wróciłem, wszystko było w porządku, pierwszy raz od wielu lat oddychałem pełną piersią.  Okazało się, że nikt nie dzwonił,  wybrałem się więc do miasta do banku i uzgodniłem z dyrektorem kolejny żelazny terminarz spłat zadłużenia, był to wyjątkowo porządny człowiek i nie przyjął nawet grosza, zaskoczyl mnie tym. Ponieważ pierwszą ratę wpłaciłem natychmiast, uzyskałem bardzo dogodne warunki spłat następnych. Potem spróbowałem odnaleźć Michała, okazało się że wyjechał w tym samym dniu co ja i nikt nie wiedział kiedy wróci. Poczułem się tak, jakby mi wymierzył policzek, i to w miejscu publicznym.

Odszukałem więc Krystynę, z jej miny wynioskowałem że coś do niej dotarło, udawała że nie wie gdzie jest jej mąż. Wyjechał za granicę, tyle mi mogła powiedzieć. Powtórzy mu, że byłem, z pewnością po powrocie skontaktuje się ze mną.

– Nie zabrał telefonu komórkowego ze sobą? – spytałem.

– Wiesz, Marcin, nawet nie wiem.

– Sprawdź to, proszę cię. Ponadto jestem ci bardzo zobowiązany za opiekę nad Agnieszką.

Była dobrą kobietą, współczującą. Spytała: – Wróciła do ciebie?

– Bardzo bym chciał – skłamałem.Wiedziałem, że powtórzy to Michałowi. – Bardzo mi jej brakuje, żadnej kobiety tak nie kochałem.

To intymne wyznanie także było przekazaniem dla Michała, żeby wybił sobie z głowy, że to ja spowodowałem ten ich wypadek.

Już wtedy wiedziałem, że Michał będzie mnie unikał tak długo, aż się zmęczę i zapomnę o wszystkim; tak postępują rasowi oszuści. Kilka lat wcześniej poznałem jednego rasowego oszusta, dawałem się  nabierać przez długi czas, bo byłem naiwny i ufny. Potem długo miałem kaca po tej znajomości, aż zrozumiałem, że jest to po prostu taki sam człowiek jak inni, tyle że jego natura pcha go ustawicznie w złym kierunku.

Dlatego wieczorem tego samego dnia zadzwoniłem do Krystyny i postanowiłem postraszyć ich trochę. Tamten oszust stracił wszystko, doprowadził do ruiny całą rodzinę i nie miał nic do stracenia, więc trudno było coś z niego wydusić, ten zaś miał wiele i to wiele było do stracenia.

Odebrała telefon Krystyna, oczywiście nie mogła nawiązać kontaktu z Michałem, włączała się jedynie poczta głosowa jego numeru telefonu komórkowego. Rozmawiałem z nią łagodnym, proszącym tonem,  powiedziałem:

– Krysiu, wiem że już tak będzie. Wytłumacz więc swojemu mężowi, że postępuje nierozsądnie.

– Marcin, jak mam go przekonać?

– Pozwól, że ja go przekonam.

I mówiłem dalej tak, jakbym zwracał się bezpośrednio do jej męża:

– Michał, mam niepodważalne dowody. Nie rób żadnych głupstw, po prostu skontaktuj się ze mną. Ja ci tego nie odpuszczę, zrozum to wreszcie. Na tym kończę. Do usłyszenia. Krysiu, dzięki raz jeszcze za wszystko co zrobiłaś w sprawie Agnieszki.

Odłożyłem słuchawkę, pozostał mi tylko jeden argument, ale był tak ciężki, że do końca wolałem go nie używać.

Zająłem się następnie kozłem, musiałem oczyścić łeb, który przywiozłem znurzony w wodzie by nie wysechł, potem  wybielić parostki. Rozmyślałem o życiu spokojnym, pozbawionym intryg, kłamstw i ciągłego oszukiwania kogoś.  Niestety, nie miałem tymczasem na nie recepty.

Michał odezwał się wczesnym rankiem, właśnie wrócił z zagranicy, przepraszał że nie dawał znać i że nie ma sprawy, możemy spotkać się chociażby dzisiaj.

Przygotowałem dyktafon i czekałem na niego siedząc w ogrodzie przy oczku wodnym. Na stoliku rozłożyłem sztucer, dawno go nie czyściłem i uznałem, że to dobra okazja na zabicie czasu. Rozrzuciłem też wokół kilka naboi, wyglądały imponująco na białym blacie.

Gdy przyjechał, zadbałem by to wszystko zobaczył. Posmutniał wyraźnie, z szacunkiem popatrzył na sztucer z założoną lunetą. – Z tego – usiłował się uśmiechnąć swobodnie – pewnie trafiasz wróbla na sto metrów? Skrzywiłem się.  – No, powiedzmy że na trzysta, i to w oko.

Po tym usiedliśmy w cieniu drzew do rozmów. Z początku pragnąłem zachować w tajemnicy skąd wiem o pieniadzach dla Rudego, Michał przyjął postawę by mówić jak najmniej. A kiedy już mówił, każde jego słowo było kłamstwem. Określił swoją sytuację finansową jako bardzo kiepską, gadał że nie ma pieniędzy, że musi się zorientować co w ogóle może zrobić.

Wtedy przypuściłem atak frontalny, powiedziałem mu, że wiem o pożyczce jakiej Kulas udzielił im obu. Powiedziałem mu także, że Rudy upoważnił mnie w jego imieniu do odbioru należnych mu 40 000. W końcu poderwałem się i chwyciłem sztucer, przyłożyłem mu lufę do piersi.

– Komu jeszcze – spytałem, ledwo panując nad sobą – powiedziałeś że to ja miałem zrobić Kulasa? Gadaj mi tu.

Sądziłem, że go nie złamię, milczał zaciskając sine usta, sztywny jak posąg. Gdybyśmy byli na bezludnej wyspie, zastrzeliłbym go, wiem to z całą pewnością. Bowiem zadając to pytanie pierwszy raz uświadomiłem sobie, że przecież mógł się wygadać do kogoś jeszcze, narażając mnie na  śmiertelne niebezpieczeństwo.

Pierwszy też raz poczułem lęk, ogarnął mnie strach ciężki jak choroba, balem się o własne życie. W rękach miałem sztucer, w lufie ciężką amunicją na grubego zwierza, kula taka wali w cel i trafiwszy ekspanduje, może wypatroszyć kozła wywalając wszystko z środka, poprzez otwór jaki czyni po  wylocie. Człowiek tak trafiony nie ma szans na przeżycie.

Upewniłem się czy karabin jest zabezpieczony, wszystko spadło na mnie naraz, bałem się o własne życie, o to, że zabiję drania, o straszliwe konsekwencje, czułem strach przed samym sobą…

Odłożyłem sztucer na stół, siadłem naprzeciwko niego. Obaj ledwo dyszeliśmy, gdym się nieco uspokoił, zobaczyłem ciemną plamę na w okolicach jego krocza. Rozszerzała się na uda, obrzuciłem się spojrzeniem, czy nie mam na portkach takiej samej.

Byłem suchy, wstałem i poszedłem przynieść wody. Zatrzymałem się przed lustrem, zabaczyłem w nim starego gościa, blady był jak kreda. Spróbowałem się uśmiechnąć, brzydki grymas wykwitł mu na ustach.

Przepłukałem garło, spróbowałem coś powiedzieć sam do siebie. Wreszcie mi to przeszło. Aleś stchórzył, przyjacielu, powiedziałem ledwo.

Michał siedział wciąż, nieporuszony. Dałem mu tę wodę, usiłował po nią sięgnąć, wtedy roztrząsł się na dobre. Trząsł się cały, przytrzymałem mu  ramiona, by nie zleciał z krzesła.

– Uspokój się – powiedziałem. – Teraz jesteś już bezpieczny.

W końcu wypił z mą pomocą, grdyka mu podskakiwala jakby łykał piłki tenisowe.

– Przestraszyłeś mnie – powiedział, trzęsąc głową.

– Ty mnie także – rzekłem. Chciałem go uściskać, że już jest po wszystkim. Jednak wciąż nie byłem pewny, zapytałem: – Michał, czy ktoś jeszcze wie?

– Nie, już nikt – potrząsnął głową. – Teraz tylko my dwaj wiemy jak to było.

Spojrzał na swe portki, oblał się rumieńcem, ja się także zawstydziłem. Połączyła nas niewytłumaczalna więź, poczułem szacunek dla jego cierpienia, zapragnąłem mu pomóc.

– Idź do łazienki, stary – rzekłem ciepło, pełen wyrozumiałości. – Dam ci swoje spodnie.

Tak też zrobiliśmy, dałem mu najlepszy dres jaki miałem w domu. Potem napiliśmy się koniaku, miałem go dać komuś w banku, ale nic się nie liczyło, wybrnęliśmy wspólnie z piekła, coś wielkiego nas złączyło.

Ale, dzięki bogom, jacy by nie byli, zachowałem jasność myśli. Był oszustem i wiedziałem, że to strząśnie z siebie po dniach paru i zapomni, wtedy znowu będzie walczył po swojemu.

Wstałem i klepnąłem go po karku.

– Michał, muszę mieć te pieniądze. Rozumiemy się w tej sprawie?

Podniósł na mnie drętwe oczy, pojął, że gra wciąż się toczy.

– Tak – powiedział. – Będziesz je miał, Marcin.

– Kiedy je dostanę?

Zastanowił się, wreszcie stał się sobą, myślał jak biznesman. Siadłem znów naprzeciw niego, i czekałem.

– Słuchaj Marcin – zaczął mówić.

Mówił do mnie pół godziny i nie wszystko zrozumiałem. Pod koniec wyłączył się dyktafon, usłyszałem cichy klik wyłącznika i zrobiłem jakiś prędki ruch  by to zamaskować, spojrzał na mnie zaskoczony, lecz  nie pojął co się stało.

Przy rozstaniu przysięgliśmy sobie przyjaźń, powiedziałem mu że zawsze będzie mógł liczyć na mą pomoc i uśmiechnąłem się porozumiewawczo. Kiwał głową, ściskał moją  dłoń, dawał mi sygnały, że pojmuje o co chodzi. No cóż, bardziej już się nie mógł mylić.

Przez następne dni uczyłem się gry giełdowej, poznawałem ludzi których należało poznać, którym bym nie podał ręki, a we wszystkim miał swój udział Michał. Kilka razy pomogałem mu w odzysku  długów, a kiedy wycofałem się z tych układów, by rozpocząć samodzielne życie gracza giełdowego, miałem w akcjach różnych spółek kwoty, jakich wcześniej nie widziałem.

Agnieszka nie wróciła już na ranczo, samemu źle mi się mieszkało, mimo że byłem wolnym mężczyzną. Żałowałem, że jej nie ma przy mnie, dobrze że to ona w końcu wystąpiła z propozycją rozstania raz na zawsze.

Po kilku dalszych miesiącach sprzedałem ranczo za dwieście tysięcy złotych, w tym czasie kupiłem pięknie położony dom drewniany w Górach Świętokrzyskich, niedaleko moich terenów łowieckich. Postanowiłem go wyremontować i rozbudować, nająłem do tego brygadę budowlaną i wiosną przyszłego roku przystąpili ostro do robót, chiałem by je zakończyli jak najprędzej.

Z byłą żoną zobaczyłem się raz tylko, na sprawie rozwodowej. Przyjechała z córką, Monika zdecydowała się zostać przy niej, wyglądały obie niespodziewanie dobrze, bardzo mnie to ucieszyło. Życzyłem im wszystkiego dobrego.

Uzgodniliśmy także sprawy finansowe, przekazałem jej połowę pieniędzy ze sprzedaży rancza i ustaliliśmy alimmenty dla Moniki, rozstaliśmy się w pokoju.

 

Koniec Części Pierwszej

Post a Comment