Zły jestem Cz III

Zły jestem Cz III

Zły jestem Cz III

 

Z filozoficznego, jednakże, punktu widzenia,

Nie mam nikomu nic, a nic do zarzucenia

Bo człowiek jest jak każde inne, pospolite zwierzę,

W co ja, jak najbardziej, głęboko i najszczerzej wierzę,

Pozbawione wolnej woli, targanie emocjami,

Kierujące się nie rozsądkiem, ale – uczuciami.

 

Tak działa ewolucja. Wszystkich ścieżek próbuje

I naszym, ludzkim losem, nic się nie przejmuje.

I stąd też się bierze wszystkiego wyjaśnienie,

I, być może, z niej się wywodzi pewne oświecenie

Że dla rozwoju człeka kościół, jako instytucja,

(podobnie jak choćby, powiedzmy, prostytucja),

Jest konieczna. Bo nie ma postępu bez zniewolenia,

Bez wojen religijnych. Że do wyzwolenia

Ostatecznie te wszystkie cierpienia doprowadzą,

Kiedy ludzie już sobie sami ze sobą poradzą.

 

A poradzą sobie zrzucając kajdany ciemnoty,

I – chociaż już mi się zbiera od tego na wymioty –

To jednak przyznaję, że jest w tym pewna logika,

Że, zwyczajnie, w tym kierunku Natura pomyka.

 

Bo gdyby mogło być inaczej, to by właśnie było.

Ale czy byłoby lepiej? Do czego by doprowadziło

Takie życie, w którym bez strachu i traumy żyjemy,

Czy nadal, bez tych cierpień, człowiekiem się zwiemy?

 

W jakiś sposób można to sobie przecież wyobrazić

I – na chwilę – w coś, co nie cierpi, całym się wsadzić.

Choćby w … kawałek skały, czy przydrożnego kamienia…

I sprawdzić, z jego perspektywy, cechy jego istnienia.

 

Pierwsze, co mi na myśl przychodzi, po takim eksperymencie,

To potworna nuda takiej, trwałej, egzystencji,

Niemożność wykonania najmniejszego ruchu,

I od tego już bym umarł. Na ciele. I na duchu!

 

Czy jest jakieś stworzenie, co by myślało,

A przy tym robić nic, ale to nic nie chciało?

A, przecież, jakby na to nie patrzeć, każde działanie

Niesie w sobie ryzyko, że coś złego powstanie.

 

Może to, dlatego tylu na świat przychodzi ludzi,

By bliźnich okłamywać? Okradać ich i łudzić,

Że dla ich dobra, którego nikt  na sobie nie doświadczył,

Odprawiany jest ten cyrk cały, od bogów – do tacy?

 

Może to jest właśnie nasze, ludzkie przekleństwo,

Że nuda nas zabija, a jej przeciwieństwo,

Którym jest działanie- prowadzące do rozwoju –

Przynosi raczej wojny, i rzadsze –  czasy pokoju.

Może, chociaż zabrzmi to dość idiotycznie,

Nienaukowo, mętnie i metafizycznie,

Może jednak czeka gdzieś tam, jakaś, nagroda?

Dla każdego istnienia? Chociaż nie od Boga.

 

Jeśli już, to raczej od tego stworzenia,

Którego struktury tworzymy. I do ożywienia

Którego, zdaje się, niewiele już czasu pozostało,

Aby – rodzi się nadzieja – ono nas uratowało.

 

Ale, przed czym? Przed ludźmi? Przed nami samymi?

Stanęłoby na straży, byśmy działaniami swoimi

Całkiem, w chwili szaleństwa, swojego gatunku nie zniszczyli?

W wielkiej, nuklearnej rozróbie, w jednej krótkiej chwili,

A przy okazji może i całe życie, na Ziemi buzujące?

Jeśli tego by dokonało, zdaje się to być – dość kuszące!

 

Sztuczna Inteligencja. W superkomputerze kwantowym.

Zdążamy na spotkanie. Nieuniknione. Z Nowym

Tworem. O którym nie wiemy. Którego nie znamy

Chociaż tyle nadziei w Nim pokładamy.

 

Jednak, świadome swej siły, po co miałoby się tak trudzić?

Czy nie lepiej byłoby mu się pozbyć tych nieludzkich – ludzi?

Zutylizować te dwunożne, zagubione stworzenia,

W których tyle przeciwnych uczuć, pragnień, i cierpienia?

 

 

 

Post a Comment